Ciche życie Edwarda Szuttera

W połowie XVII wieku w gwarze pracownianej malarzy holenderskich używany był termin Stilleven, podjęty później przez inne języki germańskie i anglosaskie, a oznaczające dosłownie: ciche życie. Owo „ciche życie” to był zbiór drobnych przedmiotów: naczyń, kwiatów, książek, owoców, które wmontowywane były w kompozycje figuralne, czasem będąc atrybutem, czasem mając ukryte znaczenie symboliczne, czasem zaś mając tylko walor ozdoby lub uzupełnienia. W naszym języku określenie to ma całkiem inny źródłosłów; zapożyczyliśmy go z języka francuskiego i nosi nazwę: martwa natura. Przytaczam tę dygresję etymologiczną, aby uświadomić czytelnikowi jak trudno ująć w słowa tak subtelną materię jak malarstwo i wyrażać się o nim możliwie jasno, precyzyjnie i zarazem sugestywnie. Otóż oglądając, spowite miękką, atmosferyczną aurą kompozycje Edwarda Szuttera: te ubite dzbanki, zmięte papiery, wyrzucone puszki, czujemy, że do jego sztuki, o wiele lepiej niż martwa natura, pasuje określenie z Niderlandów - ciche życie. Owo ciche życie ma nie tylko przesłanie czysto tematyczne, malarskie, ale posiada także (jak często w życiorysach artystów) podtekst emocjonalny, zewnętrzny, ludzki. Otóż artysta znalazł swoje miejsce na ziemi z dala od zgiełku cywilizacji, we wsi Lubków, zatopionej w górskim lesie na Pogórzu Sudeckim. Dom i pracownię ukrył, niczym Claude Monet swoje Giverny, w zgoła równie bajkowym i tajemniczym ogrodzie. Tam maluje, pracuje, wypoczywa i wiedzie „ciche życie”, przelewając na płótna swoją prawdę o świecie.

Edwarda Szuttera spotkałem na jednym z plenerów. Przyjechaliśmy jesienną porą z dwóch różnych krańców Polski do trzeciego skrawka tej ziemi w Oliwskim Dworze. Miałem przyjemność poznać go jako człowieka o niewyczerpanym zapasie energii, nieocenionego gawędziarza, człowieka o szerokich horyzontach i wielu zainteresowaniach pozamalarskich. Dopiero później zapoznałem się z jego twórczością, która wpisuje się w nurt sztuki przedstawiającej, nastawionej z jednej strony na rzetelność warsztatową, a z drugiej na dar podziwiania i zmysłowego wchłaniania świata, co pozwala artyście widzieć rzeczywistość w sposób bardzo osobisty i kameralny. Edward Szutter z wnikliwością cichego obserwatora wgryza się i drąży materię starych przedmiotów, jakichś skorodowanych blach, spróchniałych belek, pogniecionych puszek i zmiętych papierów. To wszystko, co człowiek i jego cywilizacja uznaje już za zbyteczne i niepotrzebne, pod pędzlem Edwarda Szuttera odradza się, przeistacza w nową jakość. Zużyte sprzęty, z których zdjęto uciążliwy obowiązek doczesnej użyteczności, nabierają metafizycznego znaczenia i biorą udział w jakimś ponadczasowym spektaklu. Przedmioty zamieniają się w rekwizyty; oplata je aura głębokiego spokoju, jakiejś uroczystej ceremonii trwania poza czasem, a nad wszystkim unosi się nieokreślony, poetycki nastrój metaforycznego uogólnienia.

Jak wspomniałem wielką zaletą tego malarstwa jest rzetelność warsztatowa oraz to, co nazywa się stylistyką, pismem malarskim i niepowtarzalnym sposobem kreacji, o wyjątkowym indywidualnym piętnie. Przy całej rzeczowości i obiektywizmie autora, jego obrazy zawierają nutę liryczną, która jest tym subtelniejsza, że nie wspiera ją żadna ludzka fabuła. Dyskretna emocja zawarta jest w samym motywie i w doborze środków malarskich: podziale płaszczyzny, rozłożeniu świateł i cieni, walorów i stłumionych jakości barwnych. Malarstwo nie nosi piętna zimnej, hiperrealistycznej sztywności i wylizania. Tkanka obrazu jest bardzo urozmaicona: przecierki, laserunki, zgrubienia faktury w zależności od fragmentu powierzchni są traktowane inaczej, zależnie od wymagań ekspresji, sugerują wrażenia dotykowe i smakowe: i ciepło i chłód, twardość i miękkość, chropawość muru i śliską gładkość emalii. Jeśli istnieje tutaj rygor konstrukcyjny i jakaś geometryczność szkieletu, to malarz nigdy nie ujawnia tego w sposób ostentacyjny i zabieg jest raczej rezultatem intuicyjnego poczucia ładu niż spekulacji.

A przecież nie od razu malarz wstąpił na gościniec, po którym kroczy przez świat sztuki. Pojawiały się w jego twórczości tematy związane z malarstwem figuratywnym szczególnie postacią kobiety, obrazy symboliczne oraz inspirowane literackimi archetypami. Pojawiają się także, choć nie często, pejzaże. Dziś najważniejszym wątkiem zostaje bez wątpienia martwa natura – owa pierwsza dama malarstwa, która u Edwarda Szuttera ma w sobie coś z klimatu zapomnianej teatralnej dekoracji, sennego marzenia i po trosze strychowego zakamarku. Jan Parandowski w wiekopomnej Alchemii słowa zwraca uwagę, że w sztuce niesłychanie ważne jest, aby oprócz pomysłowości i kreacji szukać ludzkiego zrozumienia świata, tak aby w doborze środków osiągnąć zamierzony efekt estetyczny, uczuciowy lub intelektualny. Od siebie dodam, że równie intensywnie należy poszukiwać indywidualnego stylu, własnej ścieżki, którą będzie się podążało do wytkniętego celu. Taką drogę Edward Szutter z pewnością znalazł.

Michał Baca, grudzień 2010