Dusza anielska i czerep rubaszny

Wystawa retrospektywna Jacka Taszyckiego, Galeria Pryzmat, Kraków XII 2007

Jacek Taszycki zarażał wszystkich witalnością, wigorem, poczuciem humoru, radością życia. Właściwie nie widziałem go zmęczonego, przygnębionego życiowym niepowodzeniem czy nawet przesadnie smutnego lub zasępionego. Rzecz charakterystyczna to wygląd Jacka, który w gruncie rzeczy nie zmieniał się, nie starzał. Gdy poznałem go na pierwszym roku studiów i został ochrzczony "dziadkiem Jackiem" z racji życiowego stażu i doświadczenia, to do końca życia niewiele się zmienił. Twarz osłonięta sumiastymi wąsami, bujną brodą i okularami w grubej, brązowej oprawie, nieco rozczochrane włosy i do tego ten charakterystyczny, lekko nonszalancki ton i chód. Może tylko pod koniec życia czas nieco przyprószył mu skronie i brodę, ale pogoda ducha nie opuszczała go do końca. Gdy nieuleczalna choroba przygniotła go do łóżka i z trudem obracał się na drugi bok, nawet wtedy zdobywał się na żarty i opowiadał dowcipy; jak ten o ciężko chorym pacjencie, który użala się przed lekarzem na bóle we wszystkich częściach ciała, gdziekolwiek się dotknie to od razu przeszywa go ból. Po dokładnej obdukcji lekarz ogłosił radosną diagnozę: "Pan jest całkowicie zdrów, a cierpi dlatego, ponieważ ma Pan złamany palec!"

Z biegiem czasu zacierają się ślady i wymazują się nam z pamięci szczegóły, ale w przypadku Jacka obrazy z jego życia przedstawiają się zaskakująco wiernie i wyraziście. Te małe, drobne i te ważniejsze, które wpłynęły na jego życie. Wszystkie go dobrze charakteryzują, pokazują niepospolitą, wyrazistą i jędrną osobowość. Na początek drobny przykład; podczas zajęć z rysunku perspektywy wykładowca, chcąc sprawdzić naszą wyobraźnię, zapytał hipotetycznie jak gruba będzie kartka papieru złożona 100 razy? Nieśmiało podawaliśmy najpierw decymetry, potem metry, dopiero Jacek rzucił dobitnie i obrazowo szerokość Placu Matejki i była to najbliższa prawdy odpowiedź. Innym razem w trakcie trwania nie zawsze interesujących wykładów z nudów rysowaliśmy w zeszytach, prowadząc rodzaj rysunkowych dialogów i komentarzy do zajęć. Gdy wykładowca z technologii malarstwa wspomniał o tym, że nie należy kłaść tłustej farby na suchy grunt i powtórzył stanowczo, abyśmy to dobrze zapamiętali: "Nigdy tłuste na chude" Jacek błyskawicznie narysował znak drogowy, na którym nagie, tłuste babsko siada okrakiem na wychudłym, przelękłym jegomościu. Jacek w swoim poczuciu humoru często bywał rubaszny i pikantny, ale moim zdaniem, nigdy nie przekraczał granic wulgarności czy lubieżności. W jego ustach sprawy intymne brzmiały naturalnie i bez fałszywego wstydu. Właściwie tylko Jacek mógł wymyślić i zainscenizować niesłychany, surrealistyczny i dochodzący do szczytów pikanterii skecz o jednorękim skrzypku. Wracając do rysunków, to kreska Jacka była lekka i finezyjna, mógłby bez trudu znaleźć zatrudnienie w każdej gazecie jako ilustrator - satyryk. Tą kreskę rozwinął twórczo pod koniec życia, w czasie ostatniego etapu swojej twórczości, gdy jedynym środkiem wyrazu stał się cienkopis i kartka papieru. Co ciekawe całotygodniowe "piłowanie" aktów nużyło go. Było to zajęcie wbrew jego temperamentowi. Krótki, szybki szkic - tak, długie, monotonne wyszukiwanie proporcji i modelowanie muskułów - nie. Podobna zależność występowała w teatrze. W kulisach Piwnicy pod Baranami rozśmieszał do łez artystów kabaretu, ale prośbom o solowy występ na scenie zdecydowanie odmawiał. Dla zabawy, dla przyjaciół, dla zgrywy tak, na poważnie, dla popisu przed publicznością - nie.

Jeszcze jedna anegdota. Jacek w aptece kupował jakieś lekarstwo. Farmaceutka, choć posiadała medykament, z sobie wiadomych powodów nie chciała go sprzedać, oferując zamiennik, na który z kolei nie chciał zgodzić się Jacek. Rozmowa przeciągała się, kolejka za nami przebierała nogami z niecierpliwości, dochodziły już pojedyncze głosy ponaglające Jacka do zakupu nowego leku. Wreszcie aptekarka użyła ostatecznego argumentu, twierdząc, że zastępczy preparat w niczym nie różni się od oryginału i posiada identyczny skład jak pierwszy specyfik.
- Ach tak. Jacek namyślił się jakby dopiero teraz zrozumiał tą prostą prawdę i natychmiast zripostował.
- Skoro tak, jeżeli one niczym się nie różnią… Aptekarka i ludzie z kolejki uznali już Jacka za przekonanego.
- To w takim razie kupuję to oryginalne lekarstwo!
Tą pointą "pani magister" została rozbrojona i zakup został dokonany według woli Jacka.

Twórczość mojego przyjaciela w okresie studiów oscylowała wokół tradycyjnych martwych natur i aktów, które jednak nie były jego ulubionymi tematami, najciekawsze interpretacje Jacka ocierały się o abstrakcję. Bardziej interesowała go sama materia malarska i alchemia tworzenia. Temat zewnętrzny był zaledwie pretekstem do poetycznej interpretacji otaczającego świata. Jego obrazy wyróżniały się subtelnymi ugrowo - perłowymi gamami kolorystycznymi. Pośród akademickiej braci taka tonacja była określana, cokolwiek złośliwie, wapiennymi zupkami, ale Jacek zwieńczył ten okres pięknym dyplomem, za który otrzymał wyróżnienie, a płótna z tego okresu zapowiadały już dojrzały styl artysty.

Zanim to jednak nastąpiło, Jacek przeżył chwile sławy towarzyskiej, zatracenia się w fajerwerkach humoru, uciechach i niekończącej się zabawie. Niczym sarmacki Pan Twardowski był Jacek duszą towarzystwa. Jak ulał pasują tu wersy ballady Mickiewicza; "..Tańce, hulanki, swawola, ledwo karczmy nie rozwalą, hi hi, ha ha, hejże hola,… hulaj dusza, hulaj woła …" Był to okres stanu wojennego, beznadziejnie szarych i smutnych lat osiemdziesiątych. Na przekór powszechnej bylejakości, reglamentacji towarów, permanentnym niedostatkom i ograniczeniom dnia codziennego potrafił czerpać garściami uroki życia. Były to lata przekory, ucieczki w zabawę, w towarzyskie życie nieskrępowane żadnym konwenansem ani etykietą. Okazało się niestety, iż podobieństwa do sarmackiej legendy były głębsze, nie tylko powierzchowne. Obaj posiadali swego Mefistofelesa ("…diablik to był w wódce na dnie, istny Niemiec, sztuczka kusa..") Pewnego dnia Jacek uświadomił sobie, że mimowolnie, niewiadomo gdzie i kiedy podpisał diabelski cyrograf, za który trzeba zapłacić rachunek, zrozumiał, że alkohol i beztroska zabawa są jedynie przyprawami, a nie dominującymi smakami życia.

Kiedy jął wyzwalać się z nałogu i porzucił ostatecznie używki, (nie zatracając przy tym dawnego poczucia humoru i wigoru), zaczął jednocześnie intensywniej malować. Jego twórczość od czasu studiów przeszła ciekawą ewolucję. Rozwinęła się niczym kwiat, przeistoczyła się z delikatnego kokonu w kolorowego motyla, z subtelnych perłowo-beżowych tonów w soczyste, nasycone pełnym blaskiem dźwięki, z łagodnego i skupionego brzmienia w tonacji moll zabrzmiała w silnych durowych akordach.

Rozmach i swoboda w komponowaniu przestrzeni, blask, świeżość, sensualność w operowaniu formą i barwą rzucały się w oczy i potwierdzały nieprzeciętny talent malarski. Upraszczając rysunek Jacek budował swe dzieła na archetypicznych formach i znakach; na jego płótnach zaczęły pojawiać się: totemy, czerepy, ogromne skały, sztandary. Bardzo charakterystyczne dla jego twórczości stały się tematy związane z wodą: ryby, żółwie, ryboloty, wyspy, głazy wynurzające się z wody, fantastyczne morskie stwory. Te wątki zostały przemienione alchemią jego malarstwa w artystyczne zjawisko.

Technika i metoda malarska dojrzałych obrazów Jacka jest bardzo zróżnicowana i z pewnością sekretna. Możemy domyślić się rozmaitości malarskiego zapisu kładzenia farby (przecierki, rastry, laserunki, zgrubienia faktury): każdy fragment powierzchni jest traktowany inaczej, zależnie od wymagań ekspresji i od swego miejsca w całości. Nic się nie powtarza, nie wpada w schemat, wszystko żyje, pulsuje swoim rytmem; na i pod powierzchnią obrazu. Efekt fakturalny nie jest ani nadużywany, ani monotonny. Materia przypomina nieraz jakąś grubą tkaninę mieniącą się haftem i aplikacjami. Akt tworzenia stał się zapisem twórczej energii i pomysłowości, pragnienia zmierzającego konsekwentnie do realizacji swej wizji, imponuje stosowaniem rozmaitych środków wyrazu, panowaniem nad malarskimi środkami. Przy tym kosztowność pięknej tkanki malarskiej nie jest tylko celem samym w sobie, ale niesie ze sobą treści duchowe, wprowadzała nas w pokłady ukrytych pragnień, emocji, ożywiała świat przez metaforę i uogólnienie.

Jaką zatem, zagadkę zafundował nam Jacek, jakich tropów się chwycić, aby wyciągnąć spod czarownej powłoki malarskiej drugie dno, ukryty sekret? Czy były to marzenia o dalekich podróżach, odkrywaniu nieznanych lądów, żeglowaniu po morzach i oceanach, penetracji podwodnych światów? Jacek pomimo bogatego życia wewnętrznego i zewnętrznego mało wojażował, nigdy nie był we Włoszech czy w Hiszpanii, nie mówiąc już o innych kontynentach, ale motyw egzotycznych podróży ciągle występuje w jego twórczości: wyspy szczęśliwe, porty, wnętrza gór, motywy greckie, egipskie, japońskie i meksykańskie. Ciekawość świata, idea wolności i swobody, eksploracja, chęć podróżowania po nieznanych lądach są stale obecne na jego płótnach.

Natura w jego obrazach nie jest groźna, złowieszcza ani posępna. Wprawdzie często emanuje swoim majestatem, ale także ujmuje nastrojem pogody i ciepła, aby czasem zaskoczyć nas jakimś figlarnym kształtem. Światło nie lokalizuje precyzyjnie pory roku ani pory dnia. Sceneria tych przedstawień oscyluje gdzieś między teatralnym przedstawieniem a marzeniem sennym, nie mamy poczucia prawdziwych wartości ani realności egzystencji. Jacek upraszczając rysunek, ewokował swe dzieła na odwiecznym życiowym kontraście; dostojeństwo przyrody lub fatum historii miesza się z delikatną ironią dnia codziennego.

Zupełnie inne zabarwienie, w kontekście nieuleczalnej choroby, mają jego ostatnie dzieła graficzne, w której wykazał się wykwintną, wirtuozerską kreską rysunku. Gdy ciężka i jak się okazało nieuleczalna choroba przykuła go do łóżka, gdy praca przy sztaludze, pośród pędzli, farb i płócien była już dla niego ponad siły, wtedy chwycił za piórko i zapełniał nim kartki szkicowników. Ta lekka i ulotna technika stała się dla niego ostatnim środkiem wyrazu, materialnym znakiem woli życia i afirmacji świata. Choć wierzył do końca w wyzdrowienie, jego rysunki były również sposobnością do wyrażania stanów niepokojów i ukrytych emocji. I tu pojawiają się znajome motywy ryb - turbotów, żółwi, totemów, wysp, ale przybywa nowy temat bardzo rzadko podejmowany przez niego w malarstwie tj. człowiek - postać ludzka ujęta w różne konfiguracje i konwencje. Mamy, zatem portret, postać, akt, jest zagadkowy mężczyzna z różańcem w ręku i są intrygujący ludzie dźwigający na głowie ryby - jakiś frapujący bagaż, ciężar ludzkich doświadczeń i zarazem ciężar życiowej odpowiedzialności. Jacek za zasłoną linii i znaków zaczął stawiać ważkie pytania o ludzką kondycję i istotę człowieczego losu. Te rysunki pod pajęczyną kresek, prowokują do egzegezy warstwy ikonograficznej i semantycznej, pod elegancką strukturą pulsuje nieokreślona tajemnica, egzystencjalna zagadka, nierozwiązana intryga.

Twórczości Jacka Taszyckiego nie można określić jednym pojęciem czy kierunkiem. Wszystko, co malował i rysował mówi o nim samym, o głębokim doświadczeniu życiowym, o bogatych złożach uczuciowych życia wewnętrznego, o jego różnorodnym stosunku do świata, o jego rozwoju artystycznym i niezwykłej wyobraźni malarskiej, w której połączył harmonijnie warsztat malarski z improwizacją, zdobyte doświadczenie ze świeżością spojrzenia i ciekawością świata. Pomagały mu w tym fantazja i talent, które wraz z optymizmem autora, jego pogodą ducha i naturalnością dały wyrafinowany, poetycki, bardzo osobisty obraz świata. Rozświetlona, jasna sceneria jego płócien daje wyraz optymistycznej filozofii artysty, afirmacji życia i braku egzaltacji. Bez minoderii ani czułostkowości zostaliśmy zaproszeni na wędrówkę po zagadkowych, dalekich krainach, gdzie klimat nieznanego, egzotycznego świata łączy się mimowolnie z marzeniem o lepszym i piękniejszym życiu.

Jacek Taszycki posiadał rozliczne talenty i zamiłowania, jego dowcip rozbawiał niezliczone spotkania towarzyskie, jego celne riposty rozbrajały niejednego dyskutanta, niektóre jego powiedzenia nabierały charakteru aforyzmów, potrafił zakończyć dyskusję trafnym uogólnieniem. Nie ma go wśród nas już od trzech lat, ale pamięć o nim, jego duch i legenda żyje, czego dowodem trzecia już pośmiertna wystawa. Jacek staje się dla mnie tym, czym dla Mickiewicza mityczna Litwa. Im dłużej go nie ma, tym jaśniej zdaję sobie sprawę, jakim był niepospolitym człowiekiem i jakie miałem szczęcie, gdy go poznałem i mogłem się z nim przyjaźnić. Choć mit potrafi być często silniejszy niż rzeczywistość, żyje własną energią, potrafi obrastać w czyny, których się nie dokonało, puszyć się z nie zawsze szlachetnych postępków, to życie Jacka było zaprzeczeniem mitu. W jego zachowaniu nie było grama pozy, koturnowości czy nadęcia. Wszyscy to jednogłośnie podkreślają. Właśnie na taką fałszywą postawę Jacek był szczególnie uczulony, potrafił prosto w oczy powiedzieć komuś o jego nieszczerych intencjach, udawaniu kogoś, kim się nie jest. Jackowi nigdy nie można było przypisać jakiejś gombrowiczowskiej gęby lub pozy. Szedł przez życie nie uznając kompromisów, to okoliczności musiały dopasować się do niego, a nie on do nich.

Dziś pozostały po nim jego dzieła: niezliczone rysunki, grafiki, obrazy. To one przemawiają zamiast niego. Przyjrzyjmy się im uważnie, aby nie tylko zachwycić się wizualnym przekazem i wartością estetyczną, lecz także poszukać w nich ukrytego przesłania.

Ściejowice IX, X 2007