Gosia & Gosia

Malarstwo Małgorzaty Flisek i Małgorzaty Locher

50-lecie SCKM, stało się świetną okazję do zaprezentowania twórczości licznych artystów, którzy swe pierwsze kroki stawiali w tej placówce, w zaadoptowanej na pracownię plastyczną dawnej XVII-wiecznej synagodze Wolfa Poppera. Ta świątynia schowana za trójdzielną kutą bramą, odgrodzona od pierzei ulicy niewielkim podwórkiem - dziedzińcem przechodziła niezwykłe koleje losu, aby dziś stać się pracownią plastyczną i galerią. Przez te lata przewinęło się wielu uczniów; jak to w życiu bywa, dla jednych wizyty na Szerokiej pozostały tylko przelotną przygodą ze sztuką, dla wielu innych właśnie tu odbywał się start na studia, i tu rozpoczynała się twórcza droga trwająca nieprzerwanie do chwili obecnej. Ów duch miejsca okazał się na tyle silnym, że zadzierzgnięte znajomości przetrwały do dziś, zawiązały się przyjaźnie na dobre i na złe, a w kilku wypadkach nawet zaowocowały związkami małżeńskimi.

Cykl wystaw z byłymi uczestnikami zajęć rozpoczęto w październiku 2015 wspólną wystawą Małgosi Francuz - Flisek i Małgosi Górnisiewicz – Locher (członkinie ZPAP OK!) To osoby, które zetknęły się już na Uniwersytecie Pedagogicznym, a przy ul. Szerokiej w dawnej synagodze, na pięterku, przychodziły pomalować dodatkowo. Widocznie klimat pracowni i artystowska aura spodobały się, promieniowały dalej, stawiały wyzwania ku wyższym celom. Nie oznacza to oczywiście, że droga twórcza i owoce ich prac są jednakowe. Małgosia Flisek studiowała na wydziale malarstwa, broniąc dyplom w pracowni prof. Ryszarda Kwietnia o kierunku tkaniny artystycznej, z kolei Małgosia Locher ukończyła wydział grafiki, a dyplom obroniła w pracowni rysunku u prof. Jacka Gaja, zaś aneks z malarstwa u prof. Zbysława Maciejewskiego. U obu artystek zatem twórczość przebiega dwutorowo u jednej malarstwo i tkanina, u drugiej grafika i malarstwo. Ale od czasów „Szerokiej” na drogę sztuki wstępowały zawsze zgodnie razem, bo wspólne zainteresowania, podobny temperament i usposobienie przekuły się w przyjaźń, która trwa do dziś. Nie wystarczały im studia, szlifowanie martwych natur i studiowanie aktów. Urzekał ich przede wszystkim pejzaż, więc organizowały wspólne wypady w Beskidy lub na Podhale w poszukiwaniu motywów do malowania. Mieszkając w wynajmowanych chałupach, nierzadko w spartańskich warunkach m.in. w Łoniowej, Mszanie Górnej, Niedźwiedzy, Złotej, Lubomierzu gdzie bliski, wręcz bezpośredni kontakt z przyrodą był dla nich najcenniejszym źródłem inspiracji i twórczego pobudzenia. Interesowało je dosłownie wszystko co można znaleźć w pejzażu: leśne polany i gospodarskie obejścia, zagajniki i ogrodowe chaszcze, knieje i dąbrowy oraz warzywne rabaty; raz pojawiały się szerokie wszechogarniające spojrzenia, innym razem pochylały się w skupieniu nad kępą traw i leśnym runem; raz wprowadzały do obrazów sztafaż, to znów modelowały czyste, nietknięte ludzką ręką mateczniki. Gdy tak kontemplujemy światy stwarzane przez te artystki, to bogactwo wzorów, dynamikę barwnych form i ich rozedrganie, nieodparcie przychodzi refleksja, jak niewiele potrzeba, by dać upust swojemu talentowi i wyobraźni. Ponadto obie damy bez aspiracji do pseudo-salonów, oglądania się na awangardę czy silenie się na jakąś prowokację malują naturalnie i szczerze, bez cienia pozy i minoderii. W ich malarskim spojrzeniu czuje się zachwyt i wzruszenie, nostalgię i przywoływanie oraz utrwalanie tych doznań i wrażeń, które przez wieki były trwałym fundamentem i siłą sprawczą uprawiania sztuki.

Gdy chwytają za pędzle, górę bierze luz, temperament i improwizacja. Przy tym artystki są po prostu urodzonymi kolorystkami, o czym wspominałem przy okazji innej wystawy. Światy przez nie stwarzane są intensywnie kolorowe, rozwibrowane światłem i silnie napigmentowane. Prace są mieszanką technik tradycyjnych na różnych podłożach i możemy tylko domyślić się rozmaitości malarskiego zapisu: od delikatnych podmalówek do impastu szpachli. Widzimy, że każdy fragment powierzchni jest traktowany inaczej, zależnie od wymagań ekspresji i od swego miejsca w całości. Akt tworzenia staje się zapisem twórczej energii i pomysłowości, pragnieniem zmierzającym konsekwentnie do realizacji swej wizji. Jednak końcowy efekt nie nosi piętna przeładowania, bałaganu czy chaosu. Kompozycja ostatecznie utrzymuje się w ryzach, nie rozsadza formy, nie pęka w szwach i mieści w kadrze, bo ich świetny warsztat pozwala panować nad całością, a wyczuwalna końcowa dyscyplina bierze górę nad spontanicznością gestu i ochotą budowania bez końca tkanki malarskiej. W pejzażu nie szukały i nie szukają motywów panteistycznych i mistycznych idei, nie szukały nostalgii, pustki, samotności i zagubienia człowieka na ziemi. Ich malarskie spojrzenie kierowało się raczej ku prozaicznym przejawom życia. Natura na ich płótnach bardzo rzadko bywała groźna lub posępna, autorki nie roztrząsają spraw eschatologicznych, przemijania i rozkładu. Przeciwnie, obrazy tchnęły i tchną sensualnością, witalnością i afirmacją życia. Ich sztuka obcuje jakby ze światem zwróconym w przeszłość, gdzie nie ma przejawów agresywnej cywilizacji, a ludzkie przywary roztapiają się w bliskości z naturą lub atmosferze błogiego odpoczynku.

Z biegiem lat, stopniowo malarskie spojrzenia przyjaciółek zróżnicowały się. Małgosia Flisek spogląda na świat miękko, czule i refleksyjnie. Malarka skupia się ostatnio na czystym pejzażu, wpada również na trop zabytkowych kościółków lub pałaców, które scala umiejętnie z otoczeniem. Spojrzenie malarki odbywa się najczęściej przez zarośla, skupiska drzew lub gęste listowie, przez co osiąga efekt jedności pejzażu z architekturą. Ciepła tonacja obrazów, swobodny, naturalny, ale już nie nerwowy, ślad pędzla pozwalają w malarskim spojrzeniu wyczuwać nie tylko wzruszenie i głęboką kontemplację malowanego motywu, ale życzliwość dla natury oraz niezmącone przekonanie o należnym jej szacunku i opiece. Małgosia Flisek trzyma się reguł perspektywy linearnej i powietrznej, a światło lokalizuje najczęściej kolor lokalnie. Łagodna zaduma stanowi jakby epikurejską pochwałę życia jako rodzaju dobrodziejstwa i zrządzenia losu, któremu wystarczy się uważnie przyjrzeć, aby zaczął być serdeczny i przyjazny.

Jeśli Małgosia Flisek zawierzyła Epikurowi, to u Małgosi Locher znajduję elementy Heraklita. Również ona patrzy na świat równie ciepło i dobrodusznie, ale także z przekorą. Pod malarską tkanką obrazu kryje się więcej wigoru i uporczywość w docieraniu pod zewnętrzną powłokę zdarzeń i zjawisk, tkwi nerw jakiegoś nieuchwytnego dla ludzkiego oka ruchu. Malarka często rezygnuje z reguł perspektywy i upraszcza rysunek i przez to jest jakby bardziej zadziorna i krotochwilna. W obrazie czai się jakiś chochlik, urwis, licho, które każą patrzeć na życie czujniej, bo w posprzątanym pokoju, za szafką może fruwać pajęczyna, pod dywanem leżeć zamieciona kupka śmieci, dzieci zasiądą do stołu nie umywszy buzi, a pod welonem panny młodej kłębią się nieuczesane myśli. Słowem jest to świat również niezwykle sympatyczny i otwarty ale przyprawiony plasterkiem pepperoni.

Gdy doszukuje się podobieństw i różnic oraz wyszukuje ukryte pokłady wzruszeń i emocji, warto przy tym pamiętać o kontekście powstania tych dzieł. Wystawa jest bowiem jakąś symboliczną pętlą czasu, obie malarki wracają po 25 latach do miejsca, gdzie się poznały i gdzie rozpoczęła się ich przygoda ze sztuką. Więzy przyjaźni, które splotły się w tej pracowni to dowód nie tylko na zażyłość, komitywę i konfidencję dwóch osób, ale też na ponadczasową magię sztuki.

Michał Baca