Kartki ze szkicowników Stanisława Tabisza

Stanisław Tabisz zwykł zwieńczać wystawami ukończenia swych rysunkowych serii, prezentując szerokiej widowni wysiłki artystycznych zmagań z wybranym tematem. Tym razem w Galerii Atelier na jednej ekspozycji spotyka się większość cykli, mamy więc do czynienia z sumą dokonań twórczych, jakimś rodzajem bilansu czy obrachunku. Taka możliwość podziwiania rysunków en bloc jest niewątpliwie wydarzeniem artystycznym i skłania do paru refleksji ogólniejszej natury.

Oto bowiem mamy przed sobą dzieło powstające latami, które składa się z setek, ba, z tysięcy zarysowanych kartek. To przelewanie wizji na papier stało się dla tego wszechstronnego artysty czymś nieodzownym, koniecznym do życia, nierozłącznym uzupełnieniem egzystencji, rodzajem pamiętnika, wieczornej modlitwy, rozmową samym ze sobą o sensie sztuki, potrzebie tworzenia, o granicach wyobraźni. Trzeba także pamiętać, że ten pokaz jest zaledwie drobnym fragmentem, przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej, zwiastunem tego, co kryje w sobie przepastna pracownia mistrza. Uzmysłowiłem sobie to dopiero, gdy przycupnąwszy na wolnym brzegu kanapy w jego pracowni, zastawionej bez reszty obrazami i książkami, zacząłem wertować zeszyty i szkicowniki zarysowane od pierwszej do ostatniej strony. Większość z nich jest datowana, często opisana tytułem, wizerunki narastają co dwa trzy dni, czasami codziennie, ale nie ma w nich dłuższych przerw. Jakaś siła tajemna każe chwytać artyście za pióro lub cienkopis, by na koniec dnia czynić swoje obrachunki ze światem. Nie ma tu wyjątków ani taryfy ulgowej na dni powszednie czy świąteczne, dnie zapracowane czy wakacje, służbowe wyjazdy, konferencje lub towarzyskie spotkania; artysta nieustannie przelewa na papier swoje niepokoje, sentymenty, obsesje i żywioły. Przeróżne wątki, oczywiście, mieszają się ze sobą, przenikają, pojawiają nowe, następnie zanikają, by po latach powrócić ze świeżą siłą. Nie są też symetryczne, identyczne w swej ilości; jednych tematów jest więcej, innych mniej, artysta rozwija i ciągnie jakiś korowód panatenajskich postaci składających samych siebie na ołtarzu sztuki.

Tak bywa, że każdy malarz, czy szerzej powiedzieć: twórca, wybiera dla siebie z otaczającego świata jakąś cząstkę, a i ją nieraz ogranicza. Tymczasem Stanisław Tabisz przeciwnie, poszerza „pola walki” do coraz nowych obszarów zainteresowań, dziedzin i tematów. Pracując głównie w cyklach, stworzył już ich osiemnaście, od Szkiców teatralnych poprzez cała gamę fantastycznych zwierząt, smoków, chimer, jednorożców, kobiet, aniołów, świętych, aż po ostatni tajemniczy cykl Aliens – obcy. Świadczy to o tym, że wybranego problemu nie traktuje płytko i powierzchownie, skacząc z kwiatka na kwiatek, ale drąży go i eksploruje, próbując naświetlić z możliwie różnych stron. Niczym naukowiec, nieczuły na świeży wdzięk idei i nie dając się odstraszyć nakładem pracy, bada i analizuje wątek, odsłania jego różne aspekty, roztrząsa i legitymuje z oryginalności, zanim nie rozważy do końca jego znaczeniowej doniosłości i estetycznej wartości. W autokomentarzu do jednego z cyklów artysta dowcipnie porównuje ten drenaż do wyciskanej do ostatniej kropli cytryny, ale konstatuje zaraz, że tych cytryn jest niezliczona ilość! I w tym należy doszukiwać się sedna sprawy, ponieważ na ostateczny efekt pracy odciskają się zarówno głębia koncepcji, wysiłek intelektualny ale także warsztatowy mozół i codzienny upór. Wszak ciekawy, budzący zainteresowanie szkic potrafi wykonać każdy obdarzony zdolnościami student, ale aby przekroczyć pierwszy, powierzchowny efekt, potrzebna jest dyscyplina połączona z refleksją, a to wymaga skupionego, nie liczącego na łatwość i poklask wysiłku. Wtedy dopiero wrodzone zdolności zamieniają się w zasłużoną moc, nabierają wdzięku i siły, które pospołu pokonują opory materii i słabość ducha.

Powróćmy jednak od tych rozważań na wystawę. Spośród wielu technik i sposobów ekspresji Stanisław Tabisz wybiera dla siebie pióro, tusz lub atrament, materiały najtrwalsze, odporne na wodę i ścieranie ale też najtrudniejsze technicznie, nie dające poprawić raz postawionej kreski lub plamy. Potrzebne są w takich wypadkach: precyzja, pewna ręka ale także swoboda, luz i spontaniczność gestu, aby efekt nie wypadł zbyt sztywno i oschle. I to udaje się artyście znakomicie, osiągając zdumiewające rezultaty; warsztat współgra ściśle z fantazją, a środki techniczne dotrzymują kroku wyobraźni, która wydaje się być niespożyta, bo wielostronność zainteresowań podsuwa ciągle nowe tematy i wątki. Nic się nie powtarza, nie wpada w schemat i rutynę.

I tak serie niepokojących chimer, smoków i fantastycznych owadów, potraktowanych często dekoracyjnie, zachwycają delikatnością i witalnością kreski, podkreślając ich biologiczny wymiar, a w tle dla kontrastu tysiące skłębionych kresek i punktów nadają pracom zmysłowej atmosferyczności. Z kolei cykle kobiet: Odwróconych plecamiKsiężniczek w swych teatralnych gestach i pozach uwodzą swą cielesnością, kuszą erotyzmem, są pochwałą witalności i jednocześnie jakąś intymną grą z miłosnymi rytuałami. Wiele z tych wyobrażeń, rysowanych często oszczędnie prawie ascetycznie, jest swoistym dyskursem z dziełami dawnych mistrzów i próbą rozwiązania po swojemu archetypicznego wizerunku kobiety.

Niezwykły są też cykle Biskupów podhalańskichMiniatur etiopskich. W pierwszej serii dochodzi do fantazyjnego połączenia dostojeństwa z maskaradą; nieruchome portrety kościelnych dostojników kontrastują z figlarnymi i przekornymi nakryciami głowy: ni to tiarami, ni zbójnickimi czapkami, niekiedy przypominającymi chińskie pagody, a czasem wymyślne kościelne sygnaturki. Tu tło jest zawsze lawowane, raz płaskie i ciemne, raz ułożone w szachownicę, innym razem z zasugerowaną lekko linią horyzontu tworzącą sugestię dalekiego pejzażu. W Miniaturach etiopskich autor wyraźnie sięga do pierwowzoru ikony. Pewien uproszczony rysunek twarzy i ich uroczyste dostojeństwo skontrastowane jest z niezwykle bogatą ornamentyką. To nie są swobodne, pełne witalności szkice lecz biżuteryjny warsztat średniowiecza, małe arcydzieła kunsztownej materii zaklętej na małej kartce papieru, na której artysta próbuje doświadczyć obcowania ze sferą duchowości i innym niematerialnym światem.

Jeszcze inny wymiar posiada cykl Chrystusów frasobliwych, gdzie autor uderza w poważny i podniosły ton. Czuwanie przy łóżku ciężko chorej matki, zetknięcie się z rzeczywistym wymiarem cierpienia, kruchością naszego życia i przygotowaniem do umierania stały się dla twórcy przeżyciem eschatologicznym. Chwycenie w takim przypadku za pióro, było dla artysty próbą oswajaniem lęku i metafizycznego niepokoju, ale jednocześnie okazją do pokazania duchowego wymiaru życia przy jego fizycznej mizerności. Powstała w ten sposób przejmująca seria, w której Chrystus jest bardziej człowiekiem niż Bogiem. Widzimy wyraźnie jak pióro wgryza się w tkankę papieru, jak kreska staje się chropawa, szorstka, taka boleściwa i, powiedziałbym, ciernista. Grubo ciosany, toporny świątek, gdy dostaje do ręki trąbkę, kierownicę lub gałązkę jedliny, jest bezradny i zagubiony, czujemy jak po ludzku boryka się z doczesnością, przeciwnościami losu, znosi upokorzenia, krzywdy, doznaje bólu.

Postawmy sobie na zakończenie raz jeszcze pytanie: co zmusza artystę, jaka siła tajemna lub fatalna każe mu prawie co dzień wziąć pióro do ręki, by przelewać na papier swoje niepokoje? Dążność do wypowiadania się, właściwa wszystkim ludziom, nabiera u Stanisława Tabisza szczególnej siły, wydaje się jakby była dopełnieniem życia, a autor próbując rozerwać krąg własnej jaźni, chce opowiadać siebie innym i w tym ulega przyrodzonemu impulsowi natury ludzkiej. Nie tworzy na szczęście do szuflady, bo dzieli się z widzem swym wysiłkiem na wystawach. W ten sposób intymny dystans z otoczeniem skraca się i wpływa na spostrzeganą rzeczywistość, a my, widzowie mamy niepowtarzalną okazję obejrzeć i skonfrontować rozrachunki artysty z sobą samym, z wszystkim tym, co niesie nasza doczesna wędrówka z wszystkimi zachwytami i smutkami, uciechami i niepokojami, nadziejami i zwątpieniami.

Na zakończenie jeszcze jedna dygresja. Znana jest powszechnie wszechstronna działalność artystyczna, pedagogoczna, społeczna, scenograficzna, pisarska a nawet sceniczna obecnego rektora ASP. Jednak nie wszyscy chyba wiedzą, że wystawa w Galerii Atelier ma swoje drugie dno i dodatkowy podtekst emocjonalny, bo właśnie tu Stanisław Tabisz w dawnej synagodze Wolfa Poppera zamienionej na galerię i pracownię plastyczną zaczynał swoją przygodę z edukacją. Będzie zatem ta wystawa rodzajem klamry spinającej jego dokonania jako wyzwolonego artysty i, być może, jakimś sentymentalnym spotkaniem po latach z dawnymi wychowankami, których przygotowywał do egzaminów wstępnych.

Kraków, luty, 2017
Michał Baca