Ludzkie sprawy Arkadiusza Andrejkowa

Arkadiusz Andrejkow to przedstawiciel młodego pokolenia twórców, dla których tradycyjny warsztat i konwencjonalny przekaz formalny przestają wystarczać. Artysta poszukuje niebanalnych środków wyrazu, nowych sposobów ekspresji i nieszablonowych technik, za pomocą których próbuje pokazać swą prawdę o świecie i spełniać swe artystyczne powołanie. Malarz nie jest osobą, która w sztuce szuka ukojenia i radosnej kontemplacji, nie kieruje nim też potrzeba utrwalania piękna otaczającego świata. Jego sztuka jest raczej rodzajem rozmowy z widzem i samym sobą, a proces tworzenia ma w sobie silny ładunek emocjonalny, ożywia świat przez metaforę i uogólnienie. Twórczość tego urodzonego w Sanoku artysty jest całkowicie homocentryczna, jego nieustającym tematem jest człowiek, jego kondycja i relacje ze światem. Na specyficzną morfologię i atmosferę prac składają się głównie portrety, wizerunki osób, być może znanych autorowi, twarze i postacie zwykłe, przeciętne, statystycznie średnie, a jednak na swój sposób intrygujące, nieodgadnione, z jakąś wewnętrzną tajemnicą. Artysta posługując się pozornie obiektywnymi środkami wyrazu, próbuje jednocześnie zaprezentować subiektywizm zawartej informacji, zakwestionować powierzchowną prawdę i narzucić widzowi własny punkt widzenia. Innymi słowy, chodzi mu nie tylko o fizyczną dosłowność, ale o szerszy kontekst i typ inspiracji.

Ale po kolei. Przede wszystkim malarz znalazł spełnienie w monumentalnych formach ulicznych tzw. muralach, które w ostatnich latach przeżywają swój rozkwit, posiadają swe grono uwiedzionych miłośników, swe festiwale i konkursy. Stosunkowa nowa dziedzina malarstwa jaką jest streetart, kryje w sobie jeszcze wiele możliwości i formalnych niespodzianek do odkrycia i z tego dobrodziejstwa Arkadiusz Andrejkow korzysta pełną piersią. Przede wszystkim w poszukiwaniu tematu zapuszcza się w podmiejski pejzaż, wprawdzie ma na swym koncie monumentalną realizację na ścianie przychodni zdrowia w centrum Rzeszowa, ale najwyraźniej pociąga go świat podmiejskich magazynów, złomowisk, garaży i zapuszczonych osiedli. W niebanalny, a często dowcipny sposób wykorzystuje podłoże do swoich malowideł. Nie są to tylko konwencjonalne w takich sytuacjach ściany obłożone tynkiem, ale np. bramy garażowe, przystanki autobusowe, betonowe cembrowiny, studzienki kanalizacyjne, place zabaw, jakieś stare ogrodzenia, porzucone podkłady drogowe obrośnięte chwastem, kontenery na śmieci a nawet, sągi drewna czy śnieg, a pewnego razu stworzył obraz na folii rozpiętej na dwóch drzewach. Niczym u Edwarda Stachury, dla którego wszystko było poezją, tak dla Andrejkowa wszystko jest malarstwem, na wszystkim da się nałożyć farbę i wszystko to, czego dotknie jego puszka sprayu zmienia radykalnie swą wartość estetyczną. Raz przy długiej ścianie z pojedynczym świerkiem pojawia się portret drwala z siekierą, innym razem na przystanku autobusowym powstaje zbiorowy portret dzieci odzianych w klubowe stroje z inskrypcją Od małego na całego, zaś trawnik z kanalizacyjnymi studzienkami, z wymalowanymi uśmiechniętymi twarzami, nabiera surrealistycznego wymiaru. Należy przy tym zwrócić uwagę, że Andrejkow w swych streetartowych realizacjach nie stosuje deformacji, karykatury ani jakiś specjalnych środków ekspresji. Wygląda na to, że zadowala się samych przeskalowaniem obiektu, który przez swą ponadnormatywną wielkość staje się wartością samą w sobie, a obraz wpisany w kontekst miejskiego pejzażu nabiera dynamiki i siły wyrazu oraz samoczynnie staje wydarzeniem estetycznym.

Arkadiusz Andrejkow maluje też mniejsze, bardziej kameralne obrazy, ale czyni to w podobnej estetyce, stosując ponadto ciekawą technikę połączenia farby olejnej i sprayu. Lubi też i potrafi pracować w cyklach. Świadczy to o tym, że wybranego problemu nie traktuje płytko i powierzchownie, skacząc z kwiatka na kwiatek, ale drąży go i eksploruje, próbując naświetlić możliwie z różnych stron. Niczym naukowiec nieczuły na świeży wdzięk idei i nie dając się odstraszyć nakładem pracy bada i analizuje, odsłania jego różne aspekty, roztrząsa i legitymuje z oryginalności zanim nie rozważy do końca jego wartości estetycznych. Tak jest np. z cyklem Wyroby pozowane zainspirowanym okładkami czasopism kulinarnych, na których amatorzy sztuki gotowania prezentowali swe wiktuały. Artysta zmierzył się z tym tematem ustawiając członków rodziny za stołem, na którym pojawiają się różnorakie rekwizyty gastronomiczne. Proste, wręcz ascetyczne kompozycje, na których na pierwszym planie zawsze pojawia się płaszczyzna stołu raz z kawałkiem tortu, innym razem pętem kiełbasy lub butelką Malibu, przeobrażają się w zagadkową intrygę. Emocjonalne napięcie jakie panuje pomiędzy człowiekiem a jadalną rzeczą, staje się dla malarza okazją nie tylko do rozwiązań formalnych, ale do postawienia pewnego rodzaju dylematu o naturze człowieka. Przypatrując się tym dziełom stawiamy sobie mimowolnie pytanie, czy te obrazy są jakąś formą ironii wobec banalnej rzeczywistości w jej codziennym bytowaniu, czy może jest to jakiś przytyk na temat naszych przyzwyczajeń kulinarnych i lekko rozpasanego konsumpcjonizmu? Czy malarzowi bardziej zależało na uchwyceniu ulotnej chwili kontemplacji darów ziemi w jej bogatych formach i smakach, czy może na odkrywaniu dość obcesowego związku między człowiekiem a jedzeniem, które tak czy inaczej musi być skonsumowane, bo aby żyć, musimy przecież jeść. Wydaje się że artysta prowadzi z nami grę, stawia nieoczekiwane pytania, na które można różnorako odpowiadać, ale czujemy, że każda odpowiedź będzie niepełna.

Podobnie nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć: czy cykl Glansów to dla autora okazja do pokazania intrygującego zjawiska materii w całej swej krasie? Czy bardziej zależało mu na uchwyceniu urody kobiecych fryzur w ich kształtach i kolorach (a przy okazji tajemnicy kobiecego czaru), czy na odkrywaniu abstrakcyjnego rygoru elips i tajemniczej konstrukcji atomów, z których te fryzury się składają?

Intrygująco i niebanalnie prezentuje się także seria Kolosów. To po prostu sposób ujęcia portretowanego od spodu, czyli z żabiej perspektywy. Ten prosty zabieg powoduje że wizerunki osób nabierają wybujałych kształtów, ogromnieją, stają się posągowe. Ale Andrejkow idzie dalej, tak zaczyna kadrować swych „wielkoludów”, że na obrazach zaczynają dominować tylko szyje, podbródki i żuchwy. Oglądamy więc panoramę grdyk i zarostów z gdzieniegdzie pojawiającymi się dziurkami nosów. Ujęcia są tak niecodzienne, że na pierwszy rzut oka obrazy wyglądają jak kompozycje abstrakcyjne. I znów trapi nas ciekawość: czy jest to przejaw przekory autora w pokazywaniu ludzkich fizjonomii, czy trop biologicznej zagadki i próba przeniknięcia ludzkiej tkanki?

Najciekawiej i najdojrzalej, moim zdaniem, prezentują się ostatnie cykle malarskie: Zimne powinowactwoAbsolwenci, w których malarz z Sanoka najpełniej połączył treść z formą. Są to cykle inspirowane starymi rodzinnymi fotografiami. Codzienne, wręcz banalne z pozoru rodzinne relacje i kontakty stały się okazją do ogólniejszej refleksji nad przemijalnością czasu i nietrwałością pamięci. Lakoniczny zapis malarski podkreśla metaforę, złudność i względność egzystencji, wprowadza też dysonans naszych pojęć i wyobrażeń do rodzinnych relacji. Ponadto w cyklu Absolwenci autor nawiązując do swojej twórczości street-artowej połączył technikę olejną z lakierem w sprayu. Farby w aerozolu stosowane przy dużych formatach potrafią być zadziwiająco precyzyjne, ale w wypadku mniejszych płócien już nie. Ale właśnie to podkreślenie nieostrości i rozmycia nadaje obrazom wymiar conradowskiej smugi cienia, zamierania, odchodzenia i ostatecznego końca naszej doczesnej wędrówki.

Na zakończenie trzeba podkreślić fakt, że artysta poszukując i odkrywając nowe możliwości formalne malarstwa, różne jego warianty, odmiany, przeszczepy i mutacje, hołduje takim wartościom jak rzetelność, warsztatowy wysiłek i szacunek dla tradycji; potrafi przyciągać, intrygować i zaciekawiać. Jest bowiem w sztuce niesłychane ważne, by oprócz pomysłowości i kreacji szukać ludzkiego zrozumienia świata, tak aby w doborze środków osiągnąć zamierzony efekt estetyczny, uczuciowy i intelektualny. Trzeba jednak równie intensywnie poszukiwać indywidualnego stylu, własnej charakterystycznej poetyki i estetyki, z którymi będzie się podążało przez świat, a taką Arkadiusz Andrejkow z pewnością znalazł.

Michał Baca