Miasta wg Teresy Zabrzeskiej

W kwietniu br. w Galerii Atelier na krakowskim Kazimierzu mieliśmy okazję obejrzeć wystawę malarstwa i rysunków Teresy Zabrzeskiej, artystki dobrze znanej w naszym środowisku, o wyrazistym, skrystalizowanym stylu, wieloletniej członkini naszego związku. Nie wszyscy jednak wiedzą, że oprócz malarstwa spełniała się także jako pedagog i nauczyciel, prowadząc zajęcia terapeutyczne z wieloma grupami niepełnosprawnymi ze Szkół Specjalnych a także na oddziale dziecięcym Kliniki Psychiatrycznej AM. Najdłużej, bo prawie 20 lat, przepracowała w pracowni plastycznej Staromiejskiego Centrum Kultury przy ul. Szerokiej i był to jej poniekąd sentymentalny powrót do dawnego miejsca, z którym jest emocjonalnie związana.

Ekspozycja nie miała ambicji pokazywania całego dorobku artystki, przeciwnie, autorka wybrała obrazy i rysunki z lat 80. i 90., czyli okresu gdy prowadziła zajęcia w tej placówce. Jej sztuka wyrasta z realistycznego oglądu świata i posługuje się tradycyjnymi środkami wyrazu. Artystka kreując po swojemu, z kobiecą wrażliwością swój malarski świat, nie upiększa otoczenia ani go nie idealizuje, a pewna surowa prostota jej dzieł i lekka deformacja motywów górują nad poprawnością kształtów i wykończeniem szczegółów. Nie są to dzieła, które próbują eksplorować urodę rzeczywistości, nie wabią widza feerią barw, ani nie kokietują swoją elegancją. Obrazy bardziej służą wydobyciu egzystencjalnej powagi życia niż jego urody. Autorka, narzucając sobie rygor i dyscyplinę pracy, maluje perspektywy ulic i podwórek, szeregi ścian, rytmy fasad i okien. Wszystko jawi się na pograniczu jawy, snu i teatralnej dekoracji, a jest to przy tym świat bez ludzi i bez przyrody, bez jednego listka, tylko cegła, kamień, tynk i mur. Niezależnie od tego czy jest to wielkomiejska dżungla, czy małomiasteczkowy zaułek o śląsko-dąbrowskiej proweniencji jedynym elementem natury bywa tylko skromny kawałek nieba i z tych powodów dzieła malarki nie osiągają efektu realistycznego, ale noszą piętno na wpół metafizyczne, z lekka odhumanizowane; jest to świat stworzony przez człowieka i przez człowieka opuszczony.

Artystka nie jest jednak katastrofistką, przemawia cicho w tonacji moll, nie posługując się ckliwą egzaltacją, unika natrętnego symbolizmu i nie epatuje krzykliwą prowokacją. Pod malarską tkanką jej obrazów kryje się wielka kultura malarska i opanowanie warsztatowe, a surowa powaga góruje nad roztkliwieniem i czułostkowością. Badając, trochę jako malarz a trochę jako etnograf, miejsca i ślady koegzystencji człowieka z otoczeniem, autorka uderza w lekki ton melancholii, trochę skargi, trochę współczucia dla świata zastygłego w łagodnym trwaniu, w oczekiwaniu na kolejną sekwencję losu.

Żeby komentować dzieła Teresy Zabrzeskiej, trzeba starannie ważyć słowa, aby nie popaść w pułapkę nadinterpretacji. Artystka nie udziela nam łatwych podpowiedzi, pozostawiając widzowi do rozwiązania intrygę, którą można rozmaicie analizować. Najważniejsze zdaje się być to, że możemy po prostu kontemplować tajemniczą aurę emanującą z jej obrazów. Zatem, spotkanie z twórczością krakowskiej artystki pozostanie przyjemnością dla tych, którzy poszukują czegoś więcej niż tylko płochej rozrywki, będzie satysfakcją dla tych, którzy tropią aurę szczerego wzruszenia, czegoś, co jest autentyczne i uczciwe, bo tylko w dziele sztuki znajduje trwałość i ocalenie od zapomnienia. Ale też sztuki stawiającej niespokojne i frapujące pytania, na które można rozmaicie odpowiadać, a czujemy jednocześnie, że każda odpowiedź będzie niepełna.

Michał Baca