Oni wg Magdaleny Pastuszak

W galerii „Atelier” na krakowskim Kazimierzu swe prace prezentuje Magdalena Pastuszak, artystka mieszkająca w Warszawie, wykładowca na Wydziale Sztuki Nowych Mediów Polsko – Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, projektantka, ilustratorka, twórczyni filmów reklamowych, autorka kilkudziesięciu wystaw indywidualnych w kraju i zagranicą oraz laureatka wielu konkursów, w tym między innymi Krakowskiego Biennale Grafiki. Słowem postać o ogromnym dorobku artystycznym, ugruntowanej pozycji, spełniająca się w wielu dziedzinach, bogatej osobowości i wyrazistej postawie twórczej.

Magdalena Pastuszak nie jest osobą, która w sztuce szuka ukojenia i radosnej kontemplacji, nie kieruje nią potrzeba utrwalania zjawisk, a natura nie jest dla niej źródłem relaksu czy ucieczką od smutnej rzeczywistości i codziennych niedostatków. Na specyficzną morfologię i atmosferę jej grafik składają się głównie wizerunki i oblicza osób, być może znanych autorce, twarze zwykłe, przeciętne, statystycznie średnie, a jednak nieodgadnione, z jakąś wewnętrzną tajemnicą i przez to niepokojące. Jej sztuka jest wyrazem tych twórczych wizji, które pod piękną i czarowną tkanką niosą ze sobą niespokojne pytania o kondycję ludzką, o jego człowieczeństwo, o ludzkie odruchy. Prace jednocześnie przyciągającą swym pięknem i wywołują nieokreślony niepokój, są niezwykłym połączeniem estetycznego wyrafinowania i drażliwych pytań o człowieczy status. Z jednej strony dzieła zachwycają swą formą, a z drugiej wzbudzają jakąś obawę swym przekazem, są jak cisza przed burzą, gdzie pod piękną powłoką uroku chwili czai się groza natury. Dla mnie są nawet jak zgrzyt paznokcia po szkle, drażnią i prowokują swą odmiennością.

Ale po kolei. Pani Magdalena zatytułowała swą wystawę grafik „Oni”. Pierwsze skojarzenie, które przychodzi na myśl, to słynny zbiór wywiadów Teresy Torańskiej z prominentnymi politykami epoki stalinowskiej. Myślę jednak, że ten polityczny trop jest fałszywy. Może zatem słynna antyutopia „My” Jewgienija Zamiatina. Też raczej nie, bo nie o bezklasowe zrównanie ludzi jej chodzi lecz przeciwnie - o różnorodność postaci. „Oni” to po prostu obcy, inni, cudzy. Ze ścian galerii przypatrują się nam ludzkie twarze, przeważnie młode, poddane wymyślnej obróbce graficznej. Ludzie nam współcześni, ale jednocześnie nierealni, jedni o martwych oczodołach, inni patrzący w dal bez wyrazu i emocji, o twarzach nieostrych, z przesuniętym lub rozmytym konturem. W rezultacie otrzymujemy zestaw deformacji, rodzaj panopticum, w którym każda persona niesie ze sobą swój odmienny rys i swoją tajemnicę.

Przy tym każda praca ma podobną kompozycję, artystka narzuca sobie zawsze ten sam kadr, zawsze en face, niczym portrety fajumskie. Co ciekawe, światy stwarzane w ten sposób, przy całej swej konsekwencji i rygorze kompozycji, są zaskakująco rozmaite. Zamiast wrażenia monotonii i surowej dyscypliny – uderza bogactwo wzorów, dynamika barwnych form i ich rozedrgania. Zmienność wyjściowych parametrów takich jak tonacja, dobór kolorów, zastosowany rodzaj plamy lub kreski daje niezwykłą ilość możliwości, przy dużym zróżnicowaniu wizualnym układów. Nie jest to przy tym biżuteryjny warsztat średniowiecza nastawiony na dekoracyjność czy inkrustację formy. Pod malarską tkanką obrazu kryje się przenikliwość autora w docieraniu pod zewnętrzną powłokę przedmiotów, tkwi biologiczny nerw nieuchwytnej tajemnicy zaprawionej aluzyjnym eschatologicznym podtekstem. W ten sposób otrzymujemy nowe artystyczne zjawisko oparte na wysmakowanej estetyce, wyrafinowanej kolorystyce i intrygującej pojęciowej treści. Do tego trzeba wspomnieć o formacie prac, większość grafik odbito w formacie B0, czyli 100×70cm. I teraz te twarze nie tylko zdeformowane, ale przeskalowane, powiększone do ponadnaturalnych rozmiarów, nabierają dodatkowej ekspresji, następuje silne napięcie pomiędzy biologicznością i duchowością, obcujemy gdzieś pośród realnej egzystencji i niematerialnej fantasmagorii.

Technika i metoda pracy Magdaleny Pastuszak jest bardzo zróżnicowana i z pewnością sekretna. Prace są mieszanką technik tradycyjnych: rysunek, akwarela, fotografia ostatecznie przetwarzanych cyfrowo. Możemy zatem tylko domyślić się rozmaitości komputerowego zapisu. Widzimy, że każdy fragment powierzchni jest traktowany inaczej, zależnie od wymagań ekspresji i od swego miejsca w całości. Nic się nie powtarza, nie wpada w schemat, wszystko żyje, pulsuje swoim rytmem: na i pod powierzchnią obrazu. Akt tworzenia staje się zapisem twórczej energii i pomysłowości, pragnieniem zmierzającym konsekwentnie do realizacji swej wizji, imponuje stosowaniem rozmaitych środków wyrazu. Przy tym, powtarzam to raz jeszcze, elegancja wizualnej tkanki nie jest celem samym w sobie, ale niesie ze sobą treści duchowe, wprowadza nas w pokłady ukrytych wzruszeń, emocji i przeczuć, próbuje rozkodować jakiś niewidzialny, wewnętrzny puls, który czai się pod powierzchnią rzeczy i zdarzeń. Tymczasem na tej powierzchni, jak wykwity na skórze, pojawiają się coraz to nowe zjawiska, które nie przestają zdumiewać. Żyjemy np. w świecie, który staje się ostentacyjnie wręcz wolny od tajemnic. Internetowi blogerzy lub rozmówcy z rozmaitych talk-show zwierzają się z problemów z koncentracją, nadwagą i poczuciem własnej wartości, opisują diety i sesje terapeutyczne, żebranie o seks, nieudane związki i zerwane przyjaźnie. Nie wiadomo czy są to prowokacyjne żarty czy transgresyjne eksperymenty intelektualne? Jednocześnie są to czasy, gdy z nieznośną łatwością przychodzi nam obrazić drugą osobę, czasem wręcz zelżyć i przez to poniżyć; polityczne zacietrzewienie przekracza kolejne granice dobrego smaku, a brak lojalności wydaje się tam czymś normalnym. Gdy na internetowych forach i czatach króluje tzw. hejt, gdy media prześcigają się w informacjach już nie tylko o kolejnych aktach bezmyślności, swawoli i hucpy, ale o okrucieństwach wobec bliźnich i zwierząt, to w tym kontekście głos artystki brzmi trochę jak ostrzeżenie, jak memento i niespokojne pytanie: skąd biorą się w nas te złogi głupoty i dlaczego je gromadzimy?, jakie są skale naszego rozwydrzenia i gdzie leżą granice ludzkiego występku?

Dzieła Magdaleny Pastuszak pozostawiają osad niepewności co w nas drzemie?, jakie tajemnice ukrywamy pod maską makijażu, towarzyskiej ogłady i tzw. normalności?, jak zachowalibyśmy w czas próby?, co leży na dnie naszego biologicznego jestestwa? Ta sztuka to zachęta do eksploracji w głąb siebie, w głąb swoich zakamarków duszy. Artystka zadaje nam takie ambarasujące pytania, a my czujemy równocześnie, że każda odpowiedź będzie, niestety, niepełna.

Michał Baca