Plenerowe zapiski

Wstęp go katalogu poplenerowej wystawy "Gdzieś w środku Polski Kamion '98"

Do teatru wybieramy się obejrzeć przedstawienie i chociaż znamy już treść sztuki, przyciąga nas aura samego spektaklu: pomysł reżysera, gra aktorów, nowa scenografia. Łatwo to porównać do plenerowych spotkań malarskich. Scenariusze wszystkich plenerów są do siebie podobne. Przyjazd, pierwsze spotkania i znajomości, imprezy, wspólna wycieczka po bliższej lub dalszej okolicy, czasami ognisko, ale większość dni wypełniona jest pracą, bo jest to niepowtarzalna okazja do malowania.

Jednak każdy plener ma własną, odmienną dramaturgię i inscenizację, która nas kusi i wabi swoją tajemnicą, dlatego tak chętnie każdy z nas wyrusza w drogę. Gdy dodatkowo jesteśmy po raz pierwszy w nowym, nieznanym miejscu, tym bardziej wyostrzamy zmysły. Wszystko wydaje się świeże, oryginalne, nieznane. Niespodziewane zaproszenie skierowało mnie do Kamionu nad Wartą - wsi, którą znałem tylko z obrazów Jerzego Dudy Gracza i tak zaczął się mój kolejny plener, którego byłem świadkiem i jednym z aktorów.

Najpierw scenografia. Załęczański Park Krajobrazowy, gdzie Warta zatacza szeroki łuk zakręcając na zachód i Jura Krakowsko-Częstochowska postawiła swe opłotki. Przejeżdżam przez drewniany most i oto jestem w Kamionie. W środku wsi kapliczka otoczona drewnianym płotkiem. Stara kobieta trzymając w ręku drewniane grabie, wraca z pola. Przystaje pod kapliczką, przyklęka i żegna się krzyżem świętym. To pierwsza scena, jaką widziałem na tym plenerze, jakby rodem z "Chłopów" Reymonta. Do tego opuszczone chałupy i stodoły kryte strzechą, czekające cierpliwie w pokorze na śmierć. Wiejskie drogi wytyczone sztachetami płotów, potęgują wrażenie teatralności. Przez przekorę, by nie psuć sobie nastroju, staram się nie zauważać nowych, ale brzydkich domów i nie słyszeć turkotu traktorów przejeżdżających przez wieś. Ale to nie koniec scenografii. Za wsią ciągną się lasy pachnące igliwiem. Pofalowane, poprzecinane wąwozami i jarami. Mchy, paprocie, jałowce. Klimat takiego miejsca najlepiej oddałaby fraza wiersza Leśmiana:

"... w parowie pod leszczyny rozchełstanym cieniem,
spadły z nieba bezwolnie wraz z poranną rosą -
drzemie Bóg, w macierzankach poległy na wznak..."

Teraz reżyseria. Pani Małgorzata Szymlet - Piotrowska, dyrektor BWA w Sieradzu i zarazem komisarz pleneru. Dyrektor, komisarz, te suche określenia nie pasują do niej. Z wdziękiem i lekkością dobrej wróżki tworzy klimat pracy i zabawy. W swoim pokoju prowadzi salon otwarty, aptekę i kawiarnię jednocześnie. Jej zasługą jest również to, że umiejętnie dobrana "obsada aktorska" stanowi zżytą grupę. Kontakty są przyjacielskie, prawie familiarne. Nie mogę nie wspomnieć o drugim reżyserze spektaklu. Pan Eugeniusz Milczarski - dyrektor Załęczańskiego Parku Krajobrazowego. Otwarty, szczery, serdeczny, zakochany w tych okolicach, obwoził nas po lasach, wsiach i miasteczkach, pokazując skarby tej ziemi, do których nigdy byśmy sami nie dotarli. Do historii kamiońskich plenerów przeszły jego ogniska połączone z pieczeniem dziczyzny.

Wreszcie aktorzy. Nie ma teatru bez aktorów. To dla nas zorganizowano ten plener. Zostali zaproszeni ci wybitni, znani, z ogromnym dorobkiem i młodzi, zaczynający krętą drogę twórczą i my, grający w drugiej lub trzeciej lidze malarskiej. Ale, na co dzień nie ma tych podziałów. Efektem naszej pracy była wystawa robocza na zakończenie pleneru. Trochę siermiężna, bez ram i oprawy, pospieszna, ale ujmująca, bo szczera. Teraz wiele obrazów wróci do pracowni, zostaną poprawione lub przemalowane, na pewno powstaną nowe dzieła. Jestem bardzo ciekawy, jakie obrazy zobaczę za parę miesięcy w Galerii BWA w Sieradzu, na białych ścianach, w zupełnie nowej dekoracji.

Gdy po prawie trzech tygodniach spędzonych w Kamionie szykowaliśmy się do odwrotu, jesień rozpaliła już liście na drzewach. Dla nas przedstawienie się skończyło. Myślałem, że na zakończenie przyjdzie mi znów z pomocą Leśmian, ale ostatnie wersy Pana Tadeusza chyba lepiej pasują do klimatu całego pleneru, który był zarazem lekkomyślny i wzruszający.

Kraków, X 1998