Poplenerowe refleksje

W czasie ostatnich wakacji miałem okazję uczestniczyć w dwóch interesujących malarskich spotkaniach plenerowych; pierwsze odbyło się w Sandomierzu, a drugie w Glisnie – niewielkiej wsi w Gorzowskiem. Sandomierza nie trzeba nikomu przedstawiać ani rekomendować, jest to miasto pełne zabytków i turystów, niezwykle malowniczo położone nad Wisłą, ze świetnie zachowaną bryłą urbanistyczną. Natomiast Glisno to osada ukryta trochę przed światem wśród gorzowskich łąk, lasów i jezior; tu rzadko zapuszczają się urlopowicze, choć Glisno posiada dwa interesujące obiekty: kościół projektu samego Schinkla oraz neobarokowy pałac (gdzie byliśmy zakwaterowani) wraz z ogromnym parkiem typu angielskiego. W Sandomierzu było zaledwie pięciu uczestników i kameralna, prawie familiarna atmosfera szlacheckiego pensjonatu, w Gliśnie 20. malarzy i co się z tym wiąże gwar, rejwach, poruszenie. Zatem dwa różne miasta, dwa odmienne lokalne koloryty, różne nastroje, pejzaże, architektura, inna grupa malarzy, a mimo wszystko wiele podobieństw i analogii. Właśnie te dwie plenerowe bytności, ich wspólne cechy i różnice skłoniły mnie do spisania paru powakacyjnych refleksji. Po pierwsze należy stwierdzić, iż malarskie integracyjne spotkania (podparte finansowym wsparciem urzędów lub prywatnych przedsiębiorców) zaczynają być polską specjalnością na malarskiej mapie Europy. Moi rozmówcy, koledzy – malarze z Austrii, Niemiec, Holandii, Włoch czy też krajów słowiańskich jednoznacznie stwierdzają, że takie wspólne spotkania należą w ich krajach do rzadkości. Zatem mamy powód, z którego możemy być dumni, ba, istnieje u nas wieloletnia tradycja spotkań plenerowych, która nie zważając się na zmiany ustrojowe, przetrwała przetasowania ekip rządowych, oparła się kryzysom i zawirowaniom gospodarczym. W takim razie czy można powiedzieć, że kultywacja plenerów silniejsza jest od polityki i gospodarki? Na pewno nie.

Takie przedsięwzięcia wiążą się nierozerwalnie z instytucją mecenatu. Organizacji plenerów podejmują się różne urzędy kultury, przedstawiciele lokalnych władz, banki i coraz częściej prywatni przedsiębiorcy. Jako, że organizacja takich projektów jest dość kosztowna, czaso- i pracochłonna, bywa tak, iż jest to działanie wspólne. Sztuka zresztą bardzo często była i jest wspierana przez mecenat, niezależnie od jego społecznego kontekstu. W przypadku plenerów myślę, że mniej istotny jest charakter patronatu (państwowy, kościelny czy prywatny), natomiast najważniejsze jest to, że taka forma finansowania artystów nie prowadzi ani do marnotrawienia środków ani do trwonienia energii i potencjału twórczego. Plenerowe spotkania są formą współpracy, a nawet symbiozy, korzystne dla obu stron. Organizatorzy mają różne powody, aby zapraszać artystów. Motorem ich działania może być chęć niesienia pomocy lokalnym twórcom lub chęć stworzenia interesującej kolekcji dzieł sztuki, może to być również forma reklamy dla miasta lub regionu, zaistnienia na kulturalnej mapie Polski poprzez inspirację malarzy charakterystycznym, lokalnym pejzażem. Niebagatelną kwestią jest dokumentacja zachodzących wokół zmian, takie swoiste „ocalanie od zapomnienia” pejzażu, architektury, obyczaju i całej scenografii odchodzących na zawsze wsi i miasteczek (przykład Kamionu nad Wartą). Może to w końcu być inicjatywa osób niespokojnych duchem do stworzenie czegoś niezwykłego, jakiegoś tygla myśli i działań, aby stało się miejscem manifestacji nowych kierunków, tendencji i teorii. Tak właśnie zdarzyło się w Osiekach - maleńkiej osadzie w Koszalińskiem, gdzie spotkania twórców były ważnym artystycznym i teoretycznym forum polskiej awangardy. Z perspektywy historii widać wyraźnie jak idea mecenatu przekuła się w czyn. Koszalińskie muzeum zawdzięcza plenerom kolekcję ok. 600 prac takich artystów jak Tadeusz Kantor, Henryk Berlewi, Henryk Stażewski czy Marian Bogusz. Także wspaniałą kolekcję rzeźb plenerowych posiada podradomskie Orońsko, bo spotkania twórcze nie są tylko specjalnością malarzy. Są miasteczka magiczne takie jak Łagów gdzie wielokrotnie gościł i rozsławiał je na płótnach Jerzy Duda Gracz i Franciszek Starowiejski, urok Mikołowa utrwalał Zbysław Maciejewski i Franciszek Maśluszczak a Zaborka Stanisław Baj. Jest oczywiście wiele innych interesujących miast i dziesiątki innych wybitnych twórców, których nie wymieniam z powodu braku miejsca.

A co przyciąga na plenery artystów, którzy w zamian za wikt i opierunek zostawiają organizatorom swe dzieła? Można wymienić wiele powodów. Myślę, że zawsze wabi nas aura samego spektaklu, bo choć scenariusze wszystkich plenerów są do siebie podobne, to klimat pleneru jest zawsze inny i zawsze posiada odmienną dramaturgię i inscenizację, która kusi nas swoją tajemnicą. Gdy dodatkowo jesteśmy po raz pierwszy w nowym, nieznanym miejscu, tym bardziej wyostrzamy zmysły. Wszystko wydaje się świeże, oryginalne, nieznane. Jaki jest ten plenerowy scenariusz? Przyjazd, pierwsze spotkania, znajomości, imprezy, wspólna wycieczka po bliższej lub dalszej okolicy, czasami ognisko, ale większość dni wypełniona jest pracą, bo jest to niepowtarzalna okazja do malowania. W pokojach lub zaimprowizowanych pracowniach, przelewamy na płótna swe prawdy o życiu, świecie i oczywiście o tej okolicy, bo genius lotsi to dla artysty refleksyjnego niezmiernie ważne źródło inspiracji i twórczego pobudzenia; malując, wyrażamy nasze uczucia, przeżycia, lęki, irytacje, zachwyty i wzruszenia. Oprócz ducha miejsca drugą niezmiernie ważną częścią atmosfery plenerowej są jego uczestnicy, poprzez których poszerzamy znajomości w wielkiej artystycznej rodzinie, poznajemy środowisko, trwa wymiana myśli, poglądów, tworzy się ferment. Tu można podglądnąć malarski warsztat, porównywać i skonfrontować dokonania na poplenerowych wystawach. Na plenerach ścierają się racje, emocje, pomysły, wybuchają polemiki i spory, ale też zawiązują koleżeńskie stosunki, a czasami rodzą się przyjaźnie. Dzieje się tak, bo naturalna intymność domowej pracowni zostaje zastąpiona szerszym gronem widzów, znajomych i przyjaciół domów, w których się bywa. Rozbudowuje się cała sfera towarzyska, gdzie się zna mniej więcej wszystkich i gdzie spotkania są nieuniknione. Przyjmując zaproszenia plenerowe godzimy się pracować w innych warunkach. Ale krąg bliskich i znajomych nie działa tu chyba hamująco, wręcz przeciwnie podsuwamy sobie idee, tematy, kształtujemy a nawet wywieramy nacisk na wizję malarza bardziej niż on sądzi, bardziej niżby to przyznał przed samym sobą. Nie mówiłoby się przecież o rozlicznych muzach i egeriach, gdyby było inaczej. Owszem są i tacy, co na każdym plenerze śpiewają sobie a muzom, nie ma w tym nic złego i nie jest to przywilej zawiedzionych starszych panien, ale autonomiczna decyzja każdego twórcy. Tym niemniej podczas poplenerowych wystaw prace najczęściej nawiązują do tego miejsca, w którym wspólnie przebywaliśmy. O tym, że takie spotkania są wzajemnie potrzebne świadczy najlepiej ilość plenerów; nikt chyba tego precyzyjne nie policzył, ale w ciągu roku, moim zdaniem rachując ostrożnie i z umiarem, odbywa się od 80 do 100 spotkań (na południu Polski jest ich najmniej!). Oczywiście są plenery o wyrobionej marce i wieloletniej tradycji, są plenery efemerydy, które upadają po roku lub dwóch. Są plenery o rozmaitym rozmachu i o różnej skali finansowego wsparcia, są całkowicie prywatne (Zaborek, Jaworzynka), są organizowane za pieniądze gminne. Są plenery miejskie i wiejskie. Niektóre odbywają się w eleganckich hotelach lub pensjonatach z wystawną kuchnią i wieloma pozaartystycznymi atrakcjami, są plenery skromniejsze w szkolnych bursach czy akademikach, są i takie gdzie warunki bytowania i pracy są spartańskie. Bywają wystawy poplenerowe, do których wydaje się staranne katalogi, są i takie plenery, które obywają się w ogóle bez wystaw i nie pozostaje po nich materialny ślad. Niezależnie jednak od nakładów finansowych i warunków bytowych najważniejsze jest to, że mamy niepowtarzalną okazją przez dwa lub trzy tygodnie inspirować się i tworzyć w oderwaniu od domowych spraw, codziennych trosk i powszednich zmartwień; chyba dlatego tak chętnie każdy z nas wyrusza w drogę.

Michał Baca