Różowe godziny szczęścia Jerzego Wojciecha Bieleckiego

Tekst okolicznościowy z okazji XXV lecie jego twórczości

0 Niedawno Jerzy Wojciech Bielecki obchodził uroczyście dwudziestopięciolecie swojej twórczości. Taka rocznica jest naturalnie znakomitą okazją do refleksji i podsumowań nad wysiłkiem twórczym artysty, spojrzeniem wstecz na jego dorobek, skatalogowaniem dotychczasowych osiągnięć, a dla samego artysty rozrachunkiem z własnych zamierzeń oraz z tym, czego nie udało się osiągnąć. Dostojnego jubilata poznałem prawie 20 lat temu, wprawdzie pierwsze spotkanie było przypadkowe i cokolwiek pobieżne, jednak z czasem nasza znajomość utrwaliła się, a nawet nabrała cech pewnej zażyłości, więc jako stary znajomy niech mi będzie wolno skreślić tych parę zdań o twórczości mego dobrego druha, tym bardziej, że robię to wszak raz na 25 lat.

Twórczość J. W. Bieleckiego, jak sięgam pamięcią, rozwijała się równomiernie. Nie dostrzega się w tej sztuce załamań, upadków, zwątpienia lub spektakularnych zwrotów. To pierwsza ważna cecha jego twórczości. Nosi ona w sobie cechy przyrodnicze i można ją porównać do drzewa, które zasadzone do urodzajnej gleby, zaczyna miarowo rozrastać się, dojrzewać, z początku nieśmiało owocować, by wreszcie w wieku dojrzałym obficie obradzać. Chyba jednak lepiej tę sztukę porównać do wina: drożdże, zaczyn i pierwsza fermentacja odbyła się w Toruniu na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, następnie nabierała mocy w Kalifornii i w słońcu Bretanii, dojrzewała i zbierała doświadczenie na plenerach malarskich w najróżniejszych zakątkach Polski, a ostateczny charakter osiągnęła w skromnej pracowni w Olsztynie, gdzie artysta mieszka i pracuje od lat. Dziś możemy degustować i rozsmakowywać bukiet i smak tej sztuki, której artysta nam nie skąpi, pokazując swe dzieła na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i zagranicą. Czyli sztuka jak wino, im starsza tym lepsza, dojrzalsza i bardziej wykwintna.

Druga charakterystyczna cecha tego malarstwa to odporność na mody, trendy, hasła i mętne manifesty awangardy. Wbrew proroctwom o schyłku malarstwa jako gatunku sztuki J. W. Bielecki nie daje się zbić z raz objętego tropu i znalazłszy swój własny niepowtarzalny styl, poszukuje w malarstwie piękna, harmonii a także własnego uniwersum. Znakomitość formalna nie jest jednak pustą wirtuozerią, ale ma w sobie ładunek emocjonalny. Kunsztowność pięknej tkanki malarskiej niesie ze sobą treści duchowe, wprowadza nas, a nawet prowokuje do egzegezy warstwy ikonograficznej i semantycznej, prowadzi nas w pokłady ukrytych pragnień, emocji, ożywia świat przez metaforę i uogólnienie.

Oglądając obrazy Jerzego Wojciecha Bieleckiego wchodzimy bezwiednie w krainę łagodności, spokoju i ciepła, jakby artysta snuł przed nami jakąś czarodziejską bajkę dzieciństwa. Ale nie jest to okrutny świat braci Grimm, ani smutne, pełne krzywd historie Andersena. Raczej jest to kraina fantazji rodem z Leśmiana, pełna niedopowiedzeń i zagadkowości. Jest to bardzo indywidualny, poetycki świat małomiasteczkowych rynków, ogrodowych pałacyków, pustych mazurskich przystani oraz zaczarowanych wysp gdzie można natknąć się tylko na zakochaną parę lub zamyślonego kota. Natura w tych obrazach nie jest groźna, żywiołowa ani heroiczna, lecz kojąca, ciepła i wdzięczna, zaś światło nie lokalizuje precyzyjnie pory roku ani pory dnia. Sceneria tych przedstawień oscyluje gdzieś między teatralnym przedstawieniem a marzeniem sennym, nie mamy poczucia prawdziwych wartości ani realności egzystencji. Więcej tu poszukiwania wdzięku i powabu codzienności niż dostojeństwa i powagi. Nie jest to męski, brutalny realizm, ani zniewieściały, próżniaczy i kapryśny populizm. Powiedziałbym, że artysta poszukuje aspektu uroku i przyjemności egzystencji w sposób przewrotny, intymny, niechętny ceremonialności i sztywnej pompie. Na uwagę zasługuje delikatny erotyzm obrazów, bo J.W.B. jest malarzem kobiet. Na wielu płótnach przewijają się młode, roznegliżowane huryski, zamyślone infantki, damy dworu i piękności marzące o losie księżniczki, ale ich podtekst erotyczny nie jest lubieżny ani pruderyjny. Bohaterki płócien JWB spędzają czas między powszednim dniem a odświętną ceremonią, pomiędzy rytuałem dnia codziennego a marzeniem o księciu z bajki. Kobiecość, młodość i erotyzm stają się bardziej pretekstem estetycznym i oscylują, jak wszystko w twórczości olsztyńskiego malarza, bardziej w kierunku scenografii niż natury.

J.W.B. układa swe obrazy z różnych rodzajowych scenek, tworzących swoiste collage, pokazuje świat z oddalenia, szerokim obiektywem, zachowując w ten sposób całość spojrzenia reżysera i kreatora spektaklu. Jakby bojąc się o to, aby nie zostać niewolnikiem formy i jednego sposobu komponowania, artysta bawi się kadrem obrazu, zmienia optykę i perspektywę widzenia, stosuje często obramowanie, spinając prace swoistą kolorową klamrą, lubi uzupełniać obraz komentarzem: apokryfem, napisem lub fragmentem wiersza, przez co przekaz staje się bardziej oryginalny i dowcipny. Szczerze podziwiam również dbałość o materię obrazu. Dukt pędzla jest swobodny i zamaszysty, połączony jest z nakładaniem farby szpachlą. Szczególnie efektowna jest w obrazach materia ścian, murów, te spękania tynków, chropawość cegieł to efekty wielokrotnych nałożeń farby, przecierek, zgrubień faktury powodujących kompilację tkanki malarskiej. Artysta rozbudowuje przy tym skalę walorów i pigmentów chromatycznych. Tonacja obrazów jest raczej chłodna z szeroką gamą błękitów od nasyconego cyjanu do gołąbkowo-perłowych szarości.

Można mniemać, iż JWB w swej olsztyńskiej pracowni; przy sztaludze, pośród farb, werniksów i pędzli spędza różowe godziny szczęścia. Malując dużo i intensywnie, czyni to z przyjemnością, wiarą i przekonaniem sensu swej działalności, łącząc harmonijnie warsztat malarski z improwizacją, zdobyte doświadczenie ze świeżością spojrzenia i ciekawością świata. Pomaga mu w tym fantazja i talent, które w połączeniu z optymizmem autora, jego pogodą ducha i naturalnością dają nam wyrafinowany, poetycki, bardzo osobisty obraz świata. Bez minoderii ani czułostkowości jesteśmy zapraszani na wędrówkę do trochę zagadkowej krainy dobrotliwej zadumy, gdzie charakter małomiasteczkowego świata łączy się mimowolnie z marzeniem o lepszym i piękniejszym świecie.

Ściejowice, luty, marzec 2006