Światy na krawędzi Beaty Milligan

Beata Pałach Milligan jest absolwentką Wydziału Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Ukoronowaniem jej doświadczeń malarskich zbieranych na krakowskim Uniwersytecie oraz na Wydziale Malarstwa Uniwersytetu Mozarteum w Salzburgu był dyplom obroniony w XXXX r.? w pracowni malarskiej prof. Piotra Jargusza. Cykl zatytułowany „Zielniki” składający się z czterech wielkoformatowych arkuszy (10 metrów na 1,5 metra), wykonanych w technice akwareli, wydaje się, że odcisnął trwałe piętno na dalszym niebanalnym dorobku artystki.

Po ukończenia studiów w poszukiwaniu swego stylu autorka Zielników sięgała po różne media, techniki i środki ekspresji; zajmowała się projektowaniem graficznym, szukała inspiracji w abstrakcji, interesowała się pop-artem, intrygował ją brut-art. Chętnie eksperymentując ze strukturą papieru, tworzyła kolaże i wycinanki. I właśnie akwarela okazała się tą ulubioną techniką, w której się wyspecjalizowała, w której wypowiada się najchętniej i którą preferuje do dziś.

A twórczość Beaty Milligan, podparta wieloma wystawami w kraju i zagranicą, przebiega w ogólnych zarysach dwutorowo. Z jednej strony jej malarskie spojrzenie kieruje się na szeroko rozumiany pejzaż czyli na to, co jest naturalne, czego jesteśmy częścią, co bywa pospolite i często skromne: jakieś zarośla, krzewy, labirynty dróg i pól, nawet zwyczajna kałuża może być dla niej źródłem twórczego pobudzenia. Autorka przygląda się tym motywom, bada je, roztrząsa, analizuje, legitymuje z oryginalności, próbując rozważyć ich estetyczną wartość. I w tej próbie zatrzymania ulotnej chwili rzeczy i zjawisk dochodzi często do granicy abstrakcji. Akwarele o chłodnej tonacji, skąpane w perłowo - zielonym świetle, w którym pobłyskują malachitowe lub ultramarynowe akcenty, nie podkreślają urody świata, nie chcą widza kokietować ani uwodzić go swym wdziękiem. Nie jest to zatem rzewny, cukierkowy świat lub skrojony pod masowe gusta banał. W tym malarstwie wyczuwa się jakieś intymne skupienie, wahanie, a nawet zdziwienie, czyli taką niezbędną dla malarza refleksję nad nieoczywistością. Można wręcz powiedzieć, że ów proces kreacji, to zastrzeżenie malarki do rzeczywistości, bo czyż postrzeganie nie jest przypadkiem jakąś granicą lub szklaną bańką pomiędzy nami a wszystkim tym, co nas otacza? A czy przedmioty, które próbujemy opisać lub namalować, są takie jakimi je widzimy, czy może każdy z nas widzi i wyobraża je sobie inaczej? Zatem twórczość Beaty Milligan to nie epikurejska pochwała życia w swej różnorodności, ani czyhanie na efektowny motyw, na jakiś ciekawy układ z intrygującym oświetleniem lub próba uchwycenia ulotnej urody przedmiotów w ich kształtach i kolorach, aby zachwycić się ich powabem. Tu raczej pojawia się platoński cień jaskini, w której oglądamy tylko zjawiska prawdziwej rzeczywistości. Ten rodzaj malarskiego spojrzenia nasuwa podobieństwo z wierszem Wisławy Szymborskiej „Rozmowa z kamieniem”. To co poetka usiłuje wyrazić słowami, malarka próbuje rozstrzygnąć za pomocą kreski i plamy barwnej. W jednym i drugim przypadku nachodzą nas pytania i wątpliwości: czy istnieje jakaś bariera poznania? Czy możliwe jest dotarcie do istoty rzeczy? Czy oko, które widzi, to to samo, które patrzy? Jeśli tak, to na ile ludzkie poznanie jest doskonałe, a na ile powierzchowne, bo ograniczone przez zmysły. I być może tu właśnie, dochodzimy do sedna jej twórczości, że siłą tych obrazów jest przede wszystkim dyskretna, poetycka nastrojowość, podszyta metaforycznym uogólnieniem nad niedostępnością rzeczy i zdarzeń.

Nie można jednak zapominać o samym procesie malowania, kształtowania i kreowania materii malarskiej, które są dla artystki tak samo ważne jak twórcze przesłanie. Malowanie akwarelą z natury rzeczy nie może równać się z twórczością olejną, gdzie tkanka obrazu jest bogata i tajemnicza jak pracownia alchemika. Akwarela to technika tyle ulotna, co wymagającą od malarza dużej biegłości warsztatowej. Ona nie zawsze sprzyja żmudnym zabiegom, nie toleruje poprawek i ustawicznego cyzelowania formy, ale malarce, poddającej się w trakcie pracy nastrojowi, udaje się przeżyć i po swojemu syntetyzować ekspresję twórczą. Okazuje się, że papier poddany różnorakim procesom nakładania farby, naciskom pędzla, naklejaniom innych struktur dla wzbogacenia faktury, poddany przypadkowym mięciom lub targaniu, może przypominać powierzchnię światłoczułej błony, z której wyłoni się w narzuconym porządku harmonia tonów, barw i materii, tak jak wyłania się z leśnej głuszy kształt drzewa, rysunek paproci lub cień liścia.

Oddajmy tutaj na chwile głos samej artystce: „... na czystą biel pada barwna plama. Rozpryskuje się, płynie wzdłuż śladu wcześniejszego wgniecenia, zasycha i już tam pozostaje. Tuż obok pojawia się kolejna kropla zbrudzona wcześniejszym kolorem, miesza się z ciemnym konturem kleksa. Różowa smuga staje się kwiatem, ciemnozielona plama – owadem, brązowa struga – pniem drzewa…” To czysta poezja oraz jednocześnie tajemnica i magia tworzenia.

Ale jest też drugi zakres twórczości, równie ciekawy. Jakby dla kontrastu, malarskie wizje Beaty Milligan kierują się z ziemi w przeciwległą stronę, w przestrzeń nieba, we wszechogarniającą dal, w kosmos. Już same tytuły cyklów takie jak: „Grawitacja” „Kosmos” czy „Żywioły” wprowadzają nas w klimat tego co nieogarnięte i nieskończone. Nasza cywilizacja potrafiła już umieścić człowieka w przestrzeni okołoziemską i na księżycu, ale to dopiero liźnięcie wyzywającego milczenia kosmosu. Tym niemniej teleskopy o ogromnych ogniskowych a także sondy przekraczające już nasz układ słoneczny, dostarczają wielu zdumiewających i spektakularnych zdjęć wszechświata. Tworzenie się gwiazd, przemieszczanie mgławic, zderzenia galaktyk często oszałamiają swą ekspresją i wibracją kolorów. Ale Beata Milligan, na szczęście, nie kopiuje i nie naśladuje tych motywów. Jej obrazy nie noszą piętna szczególnej ekspresji lub przeładowania szczegółami. Ona wprowadza własne byty, pojawiają się na jej obrazach intrygujące abstrakcyjne kształty, niedookreślone formą jakieś mozaiki odmienności: stopniałe kryształy, toki, wiry, zatrzymane w ruchu, ostro wykadrowane kręgi, które jako całość są dość statyczne i wyważone. A jednak te prace oparte na silnych dysonansach chromatycznych, w których ugrowo-miodowe elementy kontrastują z atramentowymi smugami, a malachitowe refleksy roztapiają się w zielonkawo-perłowych odcieniach teł, podszyte są nieuchwytnym napięciem, pewną egzystencjalną powagą, a nawet jakimś metafizycznym niepokojem. Obrazy abstrakcyjne mają to do siebie, że można je na różny sposób interpretować. Trzeba więc ostrożnie ważyć słowa i wyciągać wnioski, by nie popaść w pułapkę nadinterpretacji. Być może autorka chce zaznaczyć, że jesteśmy po prostu bezosobowo rozpięci na dwóch nieskończonościach od mikro do makrokosmosu. Dla mnie malarskie dzieła Beaty Milligan to taki thriller i jednocześnie intrygująca wizja odmiennych światów, światów na krawędzi, za którą rozpościera się otchłań niedostępnej dla nas tajemnicy, bo mimo postępów nauki i techniki istnieją granice, których nie udało się do pory przekroczyć.

Na zakończenie jeszcze krótka refleksja. Tak bywa, że każdy malarz, czy szerzej powiedzieć: twórca, wybiera dla siebie z otaczającego świata jakąś cząstkę, a i ją nieraz ogranicza. Nie inaczej jest z Beatą Milligan, ale aby przekroczyć pierwszy, powierzchowny efekt, potrzebna jest dyscyplina połączona z refleksją, a to wymaga skupionego, nie liczącego na łatwość i poklask wysiłku. Wtedy dopiero wrodzone zdolności zamieniają się w zasłużoną moc, nabierają wdzięku i siły, które pospołu pokonują opory materii i słabość ducha. Każdy twórca musi też pamiętać, iż poznanie i obserwacja świata odbywają się w sobie, we własnej duszy. Każde wrażenie ma taką wartość, jaką zdobędziemy przez zmysły, emocje i umysł. Od siebie dodam, że równie intensywnie należy poszukiwać indywidualnego stylu, własnej ścieżki, którą będzie się podążało do wytkniętego celu, a taką drogę Beata Milligan z pewnością znalazła.

Michał Baca
Ściejowice XI 2019