W poszukiwaniu granic wyobraźni

Uwagi na marginesie wystawy Stanisława Tabisza „Rysunki z wyobraźni”

Jest coś znamiennego w ubiegłorocznej nagrodzie im. Witolda Wojtkiewicza przyznanej prof. Stanisławowi Tabiszowi, jakaś symboliczna pętla, która wiąże jego twórczość plastyczną - od inicjatora pomysłu do laureata - z działalnością pedagogiczną, społeczną i literacką. Nagroda, w której bierze się pod uwagę nie tylko wysokie wartości artystyczne ale aranżacyjną harmonię z przestrzenią galerii, była też z pewnością wyrazem szacunku złożonym - na zasadzie pars pro toto - dla całej jego twórczości rysunkowej. Gdy w listopadzie 2018 ściany „Pryzmatu” zapełniły się zakomponowanymi w różnych układach maleńkimi żaglowcami, portretami syna Dominika i innymi wybranymi cyklami graficznymi artysty, to ta cząstkowość, fragmentaryczność jego zbioru stała się jeszcze bardziej widoczna. Choć przestrzeń galerii przy ul. Łobzowskiej jest pojemna wyeksponowane rysunki stanowiły drobny fragment tego, co kryje przepastna pracownia autora. Nieoczekiwanie, jakby mimochodem wyrosło na naszych oczach olbrzymich rozmiarów, niezwykłe rysunkowe żniwo, które nie ma chyba odpowiednika w dorobku polskiej sztuki. Brzmi to może podniośle i cokolwiek patetycznie ale takie są fakty. Zbiór liczący ponad dwadzieścia cykli, niektóre z nich mające po kilkaset sztuk, w dalszym ciągu się rozrasta, pęcznieje i multiplikuje, bo Stanisław Tabisz ani na chwilę nie odkłada swego pióra.

Kto był w pracowni obecnego laureata, ten wie jak wypełniona jest po brzegi obrazami, podobraziami, projektami, jak stosy książek nie mieszcząc się na półkach i regałach, wylewają się na podłogę, jak trudno znaleźć tam wolną przestrzeń, by choćby usiąść na kanapie. Ale pracownia to miejsce koncentracji, samotności i ciszy czyli takich wartości, o jakie coraz trudniej dziś w zgiełku codziennych wydarzeń i coraz szybszym tempie życia. Izolacja daje możliwość skupienia, bo brak nadmiaru bodźców zewnętrznych kieruje uwagę do wnętrza i pozwala przeżywać rozmaite emocje silniej i głębiej. Wyobrażam sobie jak w takiej scenerii artysta zamknąwszy za sobą drzwi, odgradzając się od hałasów miasta, od załatwionych i niezałatwionych spraw, zasiada za stołem, by w ciszy, która słyszy szelest jego pióra, zacząć przelewać na papier swoje niepokoje, wahania, radości, wątpliwości i rozterki. Rysowanie staje się odpoczynkiem po pracy, twórczość wytchnieniem, poszukiwanie nowych tematów relaksem. Ale oddajmy na chwilę głoś artyście: „…oddycham rysunkiem i dopóki trwa ten cud oddychania, potrzeba, obsesja, nawyk, reżim, niezbędna do życia konieczność, dotąd będę rysował i zostawiał jakiś kameralny ślad w setkach, etiud i kaprysów…”

Dla tego rodzaju wypowiedzi artystycznej nie potrzeba dużo miejsca, wystarczy wyciągnąć z kieszeni cienkopis, z teczki szkicownik lub zeszyt i zacząć przelewać na papier swoje pomysły. Ale to szrafowanie lub lawowanie, to zagubienie się w plamach i liniach wymagają od autora sprawności warsztatowej, bo źle postawionej kreski lub plamy nie da się już wymazać ani poprawić. Ta często drobiazgowa siatka żyłek, kropek, ziarenek, punkcików, dzięki której osiąga efekt grawiury, jakiejś misternej pajęczyny lub migocącej wibrującej i pulsującej przestrzeni nie jest przecież czczym popisem kunsztu w posługiwaniu się tuszem lub atramentem, ale wyrazem skupienia i intymnego obcowania ze sztuką. Artysta zaczyna swą pracę od drobnej kreski, jak od ziarna rzuconego w glebę, od skromnego szczegółu, który rozrasta się, pęcznieje, dojrzewa i klaruje się w jakaś formę, rdzeń, w którym ziszcza się temat i sedno pomysłu. Wizja, dodajmy, która staje się zarówno osobnym autonomicznym dziełem sztuki oraz częścią jego ogromnego zbioru.

Tak duża porcja rysunków wyraźnie pokazuje z jednej strony mozół, upór i potrzebę tworzenia, a z drugiej skłonność do refleksji i skalę zainteresowań autora. Kontemplując tę wystawę, próbowałem sobie wyobrazić jak prezentowałaby się taka ekspozycja, gdyby zgromadzono wszystkie rysunkowe cykle obok siebie oraz czy udałoby się wysnuć z jego dorobku jakąś syntezę? Bogata w ornamentykę i symboliczne treści jego sztuka nie stawia nam przecież barier do wieloznacznych interpretacji, zostawiając cierpliwemu widzowi czas na refleksję i możliwość poszukiwania dalszych, podświadomych znaczeń.

Stanisława Tabisza nie interesuje bieżąca polityka, personalne rozgrywki na szczytach władzy, przejawy współczesnych subkultur, nie zależy mu także na epatowaniu widza naturalistycznymi, drastycznymi lub wulgarnymi przejawami naszej egzystencji. Jego spojrzenie i myśli kierują się i wyżej, i głębiej. Ożywiając świat przez metaforę i uogólnienie, prowadzi nas mimowolnie do pokładów ukrytych pragnień i emocji, ku sferom ponadczasowego sensu uprawiania sztuki i rozmyślaniom o byciu sobą jako nieodzownym warunku wolności i twórczości. Gdy próbuję pilnie wpatrzyć się w te mikropowieści, to spod kalejdoskopu pomysłów, często zjawiskowej powierzchni rysunku, bogactwa ornamentyki i zmysłowej gry wyobraźni wychyla się wyraźnie niepokój metafizyczny, prace podszyte są napięciem, nieuchwytną intrygą, w której czai się egzystencjalna powaga.

I tak, na przykład, chimery, to silne napięcia pomiędzy biologicznością a duchowością, obcujemy gdzieś pośród realnej egzystencji i niematerialnej fantasmagorii. Ten cykl możemy odczytać jako pytanie o nasze ludzkie ograniczenia i ułomności. Ale też te chimery, smoki, jednorożce, tajemniczy i niepokojący Obcy i inne frapujące zjawy to niespokojne pytanie o to, czy jesteśmy jakimś ewenementem i przypadkowym kaprysem we wszechświecie, czy jest jeszcze lub był, a może będzie, jeśli nie cywilizacja, to jakiś odrębny samoistny byt? A jeśli tak, to jakby wyglądał, czy nasze normy i przyzwyczajenia są w stanie je wyobrazić lub narzucić? Artysta ujawniając swoje urzeczenia przeszłością i zainteresowania paleoastronautyką, nie czyni tego ostentacyjnie i jednoznacznie. Nie zapożycza dosłownie motywów i chwytów formalnych. Poddaje się raczej nastrojowi, przeżywa i po swojemu przetwarza ekspresję twórczą.

Silne napięcia między sferą zmysłów a sferą duchową panują w licznych wersjach księżniczek, kobiet odwróconych placami i Wenusjanek z Marsa. Tu w grę wchodzi na pewno fizyczny aspekt i zmysłowa przyjemność obcowania z kobiecym pięknem, bo uroda kobiety jest wszak inaczej odbierana niż piękno pejzażu lub nawet ponadczasowa elegancja dzieła sztuki. Może jest tak, jak pisał Coetzee, że kobiecy wdzięk i uroda są częścią bogactwa, które przynoszą ze sobą na świat i dzielą się tym bogactwem z mężczyzną? Ale kobiecość w wykonaniu artysty to też jakby ostateczne skondensowanie jej do punktu, w którym staje się zjawiskowym afektem. Z kolei wątek Chrystusa Frasobliwego przenosi nas do rozważań eschatologicznych. Zetknięcie się z rzeczywistym wymiarem cierpienia, kruchością naszego życia i przygotowaniem do umierania jest dla artysty próbą oswajaniem lęku przed śmiercią ale też okazją do pokazania duchowego wymiaru życia przy jego fizycznej mizerności. A co sądzić o podhalańskich biskupach i etiopskich dostojnikach, którzy ubrani w teatralno-groteskowe szaty, zastygli w swych pozach i patrzą na nas zawsze en face z wyniosłą obojętnością. Czy obserwują nas jak odbywamy beztroską i niefrasobliwą wędrówkę w pogoni za doczesnym szczęściem, jak ścierają się nasze ludzkie dążenia, ambicje, interesy, zasady, normy prawne i religijne? Czy więcej jest w ich spojrzeniach wyrozumiałości i pobłażania czy raczej przestrogi i niepokoju przed nami samymi? Z kolei Święci opiekunowie i portrety syna Dominika podszyte są atmosferą żartu i dobrodusznej karykatury. Artysta, być może, chcąc na chwilę upuścić powietrze z balonu powagi, ubiera członków rodziny, swych bliskich i dalszych znajomych w liturgiczne szaty. Tu jakby majestat i dostojeństwo wypchnięte jednymi drzwiami, wracają drugimi w cokolwiek ekscentrycznej ale równie atrakcyjnej i nieoczekiwanej postaci.

Wreszcie ostatnie cykle: Żaglowce, Żaglowce maltańskie i Impresje murterskie, tu autor bierze jakby haust świeżego powietrza, zrzuca brzemię niepokojów i wraz z morską bryzą zaczyna przygotowywać się do podróży. Zdaje się mówić, że nie można żyć cały czas w napięciu, również artyście należy się odpoczynek, wspomina o tym w eseju o Niedzieli na wyspie Grande Jatte G. Seurat’a. Ale ciekawość świata, idea wolności i swobody pcha ludzi w nieznane w poszukiwaniu przygód. Statki z rozwiniętymi żaglami to jakby wyzwanie rzucone przeznaczeniu. Żagle i tradycyjne omasztowanie sugerują walkę fair z siłami przyrody, bo taka wyprawa, gdy nie było spalinowych ani elektrycznych silników, nawigacji GPS i komunikacji internetowej, obarczona była dużym ryzykiem porażki, wszak łodzie posuwały się tylko dzięki sile wiatru i wiosłom żeglarzy, a kurs i pozycję statku obierano na postawie sekstansu i pozycji gwiazd na niebie. Można by tu wysnuć analogię do współczesnej eksploracji kosmosu, wyruszając w przestrzeń okołoziemską jesteśmy na takim poziomie jak hiszpańscy, portugalscy lub brytyjscy żeglarze wypływający ze swych portów w początkach ery nowożytnej w poszukiwaniu nowych ziem.

Stanisław Tabisz w swych mikropowieściach przyjmuje jakby perspektywę czasu dokonanego, próbując odkrywać czym są normy społeczne, którym podlegamy, jakie są związki zachodzące między ludźmi, czy można zmienić tożsamość lub ją ograniczyć, czy można wyrwać się z naszych ludzkich ograniczeń? Czy można kontynuować relacje na nowych warunkach społecznych i historycznych. Bada i analizuje czasem wprost, czasem mimochodem reakcje i zależności między naturą, której jesteśmy częścią, a bezkresem, który nas otacza. To prawda, to nienowe pytania, ale zadawane w nowej, oszałamiającej formie, czasem groteskowej, czasem gorzkiej, czasem bezradnie szczerej w analizowaniu nieoczywistych sytuacji. Jego rysunkowe dzieło to thriller, jednocześnie autorska i niepokojąca wizja odmiennych światów, światów na krawędzi, za którą rozpościera się otchłań dla nas niedostępnej tajemnicy.

Michał Baca