W poszukiwaniu ukrytego piękna

Twórczości Andrzeja Kacperka nie trzeba nikomu przedstawiać ani reklamować, bo jest doskonale znana w środowisku malarzy i krytyków, a rzesze uwiedzionych wielbicieli doceniają talent, pracowitość i znakomity warsztat autora. Należy on bowiem do tego typu nielicznych malarzy, którzy wierni swojej idei estetycznej, potrafią harmonijnie i z poetyckim wdziękiem połączyć kulturę malarską, dbałość warsztatową z radością tworzenia. Z jednej strony jest to malarstwo zanurzone w młodopolskiej tradycji, stanowiące wyraz hołdu dla dawnych mistrzów takich jak: Jan Stanisławski, Leon Wyczółkowski czy Konrad Krzyżanowski, z drugiej strony jest swoistym manifestem sztuki komunikatywnej i postawy twórczej bez aspiracji do udziwnień i ekstrawagancji, twórczości odpornej na powierzchowne nowinki lub mętne hasła awangardy. Dlatego retrospektywny przegląd z okazji 40-lecia pracy twórczej jest świetną okazją, by kontemplować dzieła artysty jako zwartą, autonomiczną całość i docenić prostolinijny rozwój jego drogi twórczej, bez spektakularnych zwrotów, zwątpień lub załamań. Jest przy tym jakaś doza pomyślności, jakiś dar od losu, że malarz robiąc w życiu to, co lubi, czyni znakomicie, a na dodatek potrafi się z tego utrzymać; może zatem czuć się artystą i kompletnym i szczęśliwym.

Andrzej Kacperek w swojej twórczości podejmuje różnorakie tematy i wątki, maluje martwe natury, portrety i sceny rodzajowe ale jego żywiołem, w którym wyraża się najpełniej, jest pejzaż (w tym miejscu zaryzykowałbym twierdzenie, że szczególnie pejzaż polski). Oczywiście, podróżując po świecie, zapisuje tamtejsze wrażenia, chwyta na gorąco lokalną atmosferę i specyfikę miejsca, bo jako artyście dociekliwemu i wnikliwemu nic nie uchodzi uwagi i każda okazja jest dobra, by pokazać swoją prawdę o świecie. Ale najwięcej miejsca artysta poświęca, moim zdaniem, rodzimemu pejzażowi. Zapraszany stale na plenerowe malarskie spotkania w rozmaite zakątki kraju, ma okazję podejrzeć i spenetrować szeroko rozumianą polską prowincję. Polne drogi, zagony, przysiółki, opłotki, ogrodowe rabaty lub soczyste łąki czyli wszystko to, co zostało dotknięte ręką człowieka, staje się dla niego podnietą i twórczym pobudzeniem. A gdy podejmuje wątek architektury, to omija z daleka wielkomiejskie wieżowce, blokowiska i całą antynaturę ze szkła i żelazobetonu, a spod jego pędzla wyłania się raczej zabytkowa kamienica, wiejska chata lub stary kościółek zatopiony w zieleni. W takich właśnie momentach, gdy stapia na płótnie architekturę z przyrodą, osiąga efekt szczególnej harmonii i głębszej symbiozy człowieka z otoczeniem, w poszukiwaniu równowagi pomiędzy tym, co wymyślone i zbudowane (również zniszczone) a tym, co stworzyła sama natura. I na takiej wystawie jak ta, możemy przy okazji zobaczyć jakby zbiorowy portret ludowego lub małomiasteczkowego (swojskiego?)pejzażu.

Sztuka dla Andrzeja Kacperka to nie nadęty moralitet, ale i też nie płocha rozrywka. Nie ma zamiaru swą sztuką pouczać, ani tym bardziej zbawiać lecz raczej uwodzić i jednać. W swych pejzażach artysta nie szuka motywów panteistycznych i mistycznych idei, nie szuka nostalgii, pustki, samotności i zagubienia człowieka na ziemi. Jego malarskie spojrzenie kieruje się raczej ku prozaicznym przejawom życia. Natura na jego płótnach bardzo rzadko bywa groźna lub posępna, autor nie roztrząsa też spraw eschatologicznych, przemijania i rozkładu. Przeciwnie, obrazy tchną sensualnością i jakąś afirmacją życia. Jego sztuka obcuje jakby ze światem zwróconym w przeszłość, gdzie nie ma przejawów agresywnej cywilizacji, a ludzkie sprawy stapiają się w bliskości z naturą. Równie charakterystyczne jest to, że malarz konsekwentnie ruguje ze swych obrazów atrybuty cywilizacyjnego zamętu. Nie dostrzeżemy na jego płótnach samochodów, wysypisk śmieci, przewodów wysokiego napięcia, anten satelitarnych, rzadko nawet wyłania się asfaltowa droga. Jest to zatem widok uniwersalny, niezależny od epoki, jakby zawieszony w czasie lub taki jakim widziały go poprzednie pokolenia. Po takie motywy, jakie maluje Andrzej Kacperek, mógłby sięgnąć Podkowiński, Fałat lub Mehoffer. Ale tak przecież jest, że każdy artysta, posługując się pozornie obiektywnymi środkami wyrazu, powinien jednocześnie zaprezentować swój subiektywizm zawartej informacji, zakwestionować powierzchowną prawdę i narzucić widzowi swoją interpretację świata. A jest to przy tym świat spójny, urzekający swym zwyczajnym pięknem, trochę swojski, trochę powszedni, z którego malarz nie tylko wyłuskuje ukryte piękno tkwiące tuż obok nas, a którego nie dostrzegamy w medialnym chaosie i zabieganiu, ale wyciąga z niego jakąś syntezę polskości. Badając, trochę jako malarz a trochę jako etnograf, miejsca i ślady koegzystencji człowieka z otoczeniem dociera do pozornie banalnych lub marginalnych motywów, które po głębszej eksploracji, nabierają prawie nowych znaczeń, odkrywając świat zastygły w łagodnym trwaniu, w oczekiwaniu na kolejną sekwencję losu. Satysfakcja z tworzenia i kontemplacja piękna góruje tutaj nad roztkliwieniem i czułostkowością, stanowiąc jakby rodzaj dobrodziejstwa lub pochwałę życia, któremu wystarczy się uważnie przyjrzeć, aby zaczęło być sympatyczne, a nawet uwodzić swym blaskiem i kolorem.

Należałoby na zakończenie napisać parę zdań o warsztacie artysty, którego zda się, nic nie ogranicza: ani format prac, ani kolorystyka, ani kompozycyjne kadry. Akt tworzenia staje się zapisem twórczej energii i pomysłowości, pragnieniem zmierzającym konsekwentnie do realizacji swej wizji. Malarz trzymając się reguł perspektywy linearnej i powietrznej, precyzyjnie lokalizuje zarówno porę roku i porę dnia. Widzimy jak każdy fragment powierzchni obrazu jest traktowany inaczej, zależnie od wymagań ekspresji i od swego miejsca w całości, jak kształtuje się światłocień o skali szerokiej i wielostopniowej. Przejścia są bardzo finezyjne i delikatne, od waloru bardzo ciemnego poprzez skalę walorów coraz słabszych aż do subtelnych bieli. Szerokiej rozbudowanej skali walorów towarzyszy także różnorodna tonacja obrazów. Swobodnie wprowadzane są błękity, szarozielone szarości, aż do perłowych czy różowawych mgieł. Stosując rozległą skala cienia, malarz jednoczesne unika gwałtownych kontrastów i przytłumia nieco chromatykę obrazu, barwa nie dochodzi do swej pełni nawet w partiach jasno oświetlonych. Ów światłocień nadaje obrazom plastyczność, miękkość i przy tym poetycki wymiar. Granice między przedmiotami są nieostre, miękkie, a sposób malowania płynny i swobodny. Dukt pędzla jest różnorodny, raz szeroki i zamaszysty, a raz precyzyjny, jasno określający linię łodygi czy plamę płatka kwiatu. Mistrzostwo takie polega ponadto na tym, że nie są z osobna i po kolei malowane źdźbła trawy czy kłosy zboża, ale umiejętnymi pociągnięciami pędzla malarz wiąże je ze sobą i splata w jedną całość.
Andrzej Kacperek jest zatem poszukiwaczem ukrytego piękna, jest poetą epikiem i lirykiem równocześnie. Wyrafinowanie koloru, gra światłocieniowa, efekty miękkości, atmosferyczność, nerw faktury i delikatność materii tworzą w połączeniu z tematem prac niepowtarzalną poetycką aurę, nadając im jednocześnie wymiaru symbolu. Symbolu ulotnego piękna zaklętego w skromnym zaściankowym pejzażu.

Michał Baca
Ściejowice, marzec 2018