Wspomnienia z Zaborka

Słowo wstępne do katalogu poplenerowej wystawy Zaborek 2006

Stare, rzymskie przysłowie powiada: "Gdy mędrzec kończy swoją pracę, to po nim do głosu powinien dojść poeta". Lucyna i Arkadiusz Okoniowi zmodyfikowali nieco to powiedzenie i do swoich włości zamiast poetów zaprosili malarzy, ale idea maksymy pozostała jasna i czytelna.

Przeciętnemu zjadaczowi chleba nazwa Zaborek mówi niewiele. Położony niezwykle malowniczo na terenie Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego kompleks hotelowy jest jakby połączeniem pensjonatu, uzdrowiska i skansenu. W skali kraju jest z pewnością ewenementem i trudno znaleźć odpowiednik tak miły sercu każdego malarza. Zaborek otoczony lasami "...nad brzegiem ruczaju, na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju.." ujmuje nastrojem autentyczności i pieczołowitością, z jaką został odrestaurowany, zachwyca dbałością o każdy szczegół wystroju.

Takie dzieło sztuki, jak Zaborek jest również aktem odwagi i wiary ich pomysłodawców, twórców i właścicieli i jako takie przeznaczone dla gości i widzów nie może istnieć poza społeczeństwem. Oddając je światu pod osąd przyjmuje wszystkie następstwa tego kroku, bo przecież należy pamiętać, że Zaborek to także przedsiębiorstwo, firma, która podlegając uciążliwej, państwowej machinie fiskalno - administracyjnej, musi spełniać określone standardy i wymogi, dbać o reklamę, planować przyszłość i strategię rozwoju. Ale Lucynie i Arkadiuszowi udało się stworzyć w trakcie pleneru lekką i niewymuszoną atmosferę odpoczynku i pracy, niczym idylliczne Soplicowo, jakieś uporządkowane, ziemiańskie gospodarstwo, wyraźnie oddalone od świata i jego problemów, nastawione na powtarzanie sprawdzonych, wypróbowanych wzorów. Słowem świat zwrócony w przeszłość, zanurzony w dawnym obyczaju, tradycji i stylu bycia. Świat, gdzie można spotkać różnych oryginałów, facecjonistów i dziwaków, ale w gruncie rzeczy to ludzie przyjaźni światu, pogodni, przyjacielscy, tryskający humorem i pomysłami na dobrą zabawę.

W takiej właśnie, trochę historyczno - literackiej szacie jawił się mi Zaborek jako miejsce plenerowych spotkań malarzy, którzy z całej Polski zjeżdżają na dwa tygodnie sierpnia, by w oderwaniu od kłopotów i przyziemnych spraw dnia codziennego wymienić poglądy na świat i sztukę, zainspirować się i nasycić się nadbużańskim klimatem i naładować akumulatory twórcze. Przy tym jakby mimochodem jak to na każdym plenerze, trwało samotne zmaganie się z materią dzieła sztuki i swoją prawdą o świecie. Tomek Lubaszka, anektując kuźnię na pracownię malarską, przypominał trochę średniowiecznego alchemika, który w swym warsztacie rozciera w moździerzu pigmenty i odmierza skrupulatnie miarki piasku. Inny uczestnik pleneru Krzysztof Pasztuła na tarasie leśniczówki pewną ręką, ze swadą i naturalnością gestu wyczarowywał splątane pary słoneczników, fragmenty architektury i inne urokliwe zakątki Zaborka. Byli też i tacy, którzy malowali swe dzieła w dawnym unickim kościele, ale większość uczestników tworzyła w swoich pokojach, adaptując je prowizorycznie na pracownie malarskie.

Czym zatem różnił się ten pobyt od poprzednich? Trudno jest mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Udzielić odpowiedzi na nie powinna raczej Małgosia Nikolska, która z wielkim zaangażowaniem, zapałem i wielkim wdziękiem zorganizowała dotychczasowe wszystkie spotkania. Z pewnością jej nowym pomysłem była trzydniowa wycieczka na Litwę. Wilno i Troki dla wielu z nas były wakacyjną przygodą, sentymentalną podróżą w poszukiwaniu resztek polskości, związków Pogoni z Koroną, tropieniem śladów przodków lub podążaniem za wieszczem Adamem, który spędził tu młodość, wreszcie spotkaniem z inna kulturą albo po prostu odkrywaniem i smakowaniem atmosfery innego miasta. Ponadto szósty już plener wykreował nieoficjalny podział plenerowiczów na rezydentów, bywalców oraz nowicjuszy, którzy przybyli tu pierwszy raz. Grupę uzupełniali nieoficjalne, ale bardzo aktywnie Marian Cypel jako wuj, czyli przyjaciel domu, familiant i najbliższy sąsiad zaborkowy oraz Wiesław Zajączkowski. Podziwialiśmy wigor, pogodę ducha i ciekawość świata pana Mariana, mimo słusznego wieku dzielnie dotrzymywał nam kroku podczas litewskiej wycieczki. Zaś Wiesiek urodzony i wychowany na Litwie, człowiek ciepły, otwarty i serdeczny, zorganizował nam wyjazd, był naszym społecznym przewodnikiem, służył radą, opieką i informacją turystyczną. Im obu plener zawdzięcza swój dodatkowy, niepowtarzalny koloryt.

Na zakończenie krótka refleksja plenerowa. Przyjmując zaproszenia plenerowe godzimy się pracować w innych warunkach. Naturalna intymność domowej pracowni zostaje zastąpiona szerszym gronem widzów, znajomych i przyjaciół domów, w których się bywa. Rozbudowuje się cała sfera towarzyska, gdzie się zna mniej więcej wszystkich i gdzie spotkania są nieuniknione. Ale krąg bliskich i znajomych nie działa tu chyba hamująco, wręcz przeciwnie podsuwać może idee, tematy, kształtować a nawet wywierać nacisk na wizję malarza bardziej niż on sądzi, bardziej niżby to przyznał przed samym sobą. Nie mówiłoby się przecież o rozlicznych muzach i egeriach gdyby było inaczej. Owszem są i tacy co na każdym plenerze śpiewają sobie a muzom, nie ma w tym nic złego i nie jest to przecież przywilej zawiedzionych starszych panien ale autonomiczna decyzja każdego twórcy. Tym niemniej już podczas roboczej wystawy wiele prac nawiązywało do tego miejsca, w którym wspólnie przebywaliśmy. Dlatego z wielką ciekawością zobaczę zimą, podczas oficjalnego wernisażu, efekt naszego sierpniowego pobytu, jaki ślad zostawił Zaborek w naszych duszach i naszej wyobraźni?

Ściejowice, X 2006